Dzień przed Nowym Rokiem mąż powiedział, że będziemy świętować osobno.

Historie rodzinne

– Nowy Rok powitamy osobno.

Valentina znieruchomiała, w dłoni wciąż trzymała kubek z prawie wystygłą kawą. Andriej stał przy oknie, wpatrzony w zasypane śniegiem podwórze, i nawet na nią nie spojrzał.

– Co to znaczy „osobno”? – odstawiła kubek na stół, palce lekko jej drżały.

– Jadę do rodziców. Obiecałem im to już dawno, czekają.

– Andriej, jesteśmy małżeństwem od dziesięciu lat. Zawsze spędzaliśmy sylwestra razem.

Odwrócił się, ale jego wzrok prześlizgnął się obok niej, jakby ciekawszy był wzór na ścianie za jej plecami.

– Walja, nie zaczynaj… Są już starzy, tęsknią za mną. Ty możesz pojechać do mamy albo spotkać się z dziewczynami.

– Z dziewczynami? – w piersi Valentiny nagle zapłonęło poczucie upokorzenia. – Jestem mężatką, nie studentką.

– Na Boga, jaka znowu tragedia? Raz spędzimy święta osobno, wielka sprawa.

Andriej minął ją i podszedł do szafy, wyciągnął torbę sportową. Valentina w milczeniu patrzyła, jak zaczyna pakować rzeczy: dżinsy, sweter, ten niebieski, który dostał od niej na ostatnie urodziny.

– Kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć? Jutro jest trzydziesty pierwszy!

– Przecież mówię teraz. Jest jeszcze czas, żeby coś wymyślić.

Valentina usiadła na kanapie. Próbowała zebrać myśli, ale wszystko w jej głowie się rozpadało. Coś było nie tak. Andriej nigdy nie lubił jeździć do rodziców, zawsze znajdował wymówkę. A teraz nagle – akurat na sylwestra?

– Zadzwonię do twojej mamy – odezwała się cicho. – Zapytam, co przygotować, może jakąś szczególną sałatkę, którą lubią.

Andriej gwałtownie się odwrócił.

– Nie dzwoń! To znaczy… po co ją niepokoić? Sam wszystko zawiozę.

W salonie zapadła gęsta cisza. Na zewnątrz powoli padał śnieg, latarnie uliczne już się świeciły, choć była dopiero czwarta po południu. Grudniowy półmrok wpełzał do mieszkania.

– Andriej, co się dzieje? – Valentina wstała i podeszła bliżej. – Spójrz na mnie.

Niechętnie podniósł głowę. W jego brązowych oczach błysnęły zielonkawe refleksy – kiedyś tak bardzo kochała to spojrzenie.

– Nic się nie dzieje. Jestem zmęczony. Chcę odpocząć. Od ciebie… – zawahał się. – To znaczy… sam.

– A ja?

– Nic. Po prostu jestem wykończony, rozumiesz? Praca, te niekończące się projekty…

Valentina wiedziała, że kłamie. Po dziesięciu latach wspólnego życia potrafiła czytać go jak otwartą książkę. Tyle że od kilku miesięcy ta książka była zamknięta na kłódkę.

Wieczorem zadzwoniła do siostry.

– Cześć, Swieta. Jak u was?

– Jakoś się trzymamy. Nastia błaga, żeby już ubrać choinkę, a ja ciągle odkładam. Słuchaj, nie wpadniecie do nas na sylwestra? Mama obiecała kapuścianą pitę, twoją ulubioną.

Valentina zamilkła.

– My… w tym roku świętujemy osobno.

– Jak to osobno? Pokłóciliście się?

– Nie. Andriej jedzie do rodziców.

– Zwariował? Przed świętami? Walja, to bardzo dziwne.

– Wiem.

Siedziała w ciemnej kuchni, tylko światło ulicznej lampy sunęło po blacie stołu. Z sypialni dobiegał śmiech Andrieja – oglądał jakiś serial. Kiedy ostatnio śmiał się tak z nią?

– Walja, jesteś tam? – głos siostry wyrwał ją z zamyślenia.

– Tak. Wiesz… może przyjadę do was.

– Oczywiście! Mama się ucieszy. Tylko… na pewno wszystko w porządku?

Valentina chciała powiedzieć, że tak, ale słowo ugrzęzło jej w gardle.

– Spotkamy się, porozmawiamy.

W nocy nie mogła zasnąć. Andriej leżał odwrócony do niej plecami, oddychał równo. Spał czy tylko udawał? Kiedyś zasypiali wtuleni w siebie, teraz dzieliła ich niewidzialna ściana.

Rano obudził ją szum prysznica. Andriej szykował się do pracy. Zamknęła oczy, wsłuchując się w znajome dźwięki: brzęczenie golarki, suszarki, skrzypienie drzwi szafy.

– Wychodzę do pracy – zawołał z przedpokoju.

– Dobrze – odpowiedziała cicho.

A gdy drzwi się zamknęły, coś w jej piersi pękło bezpowrotnie. Bez krzyków, bez awantur – tylko ta cisza, głośniejsza niż wszystko inne.

Drzwi trzasnęły. Valentina podeszła do okna. Andriej szedł już w stronę samochodu, pisząc coś na telefonie. Kiedyś zawsze się odwracał i machał jej ręką. Teraz ani razu.

Wróciła do sypialni i usiadła na tej stronie łóżka, gdzie zwykle spał. Telefon. Telefon Andrieja leżał na stoliku nocnym. Stary, służbowy, w popękanym etui.

Wzięła go do ręki. Znała kod – datę ich ślubu. Drżącymi palcami wpisała cyfry. Na górze listy czatów widniała rozmowa zatytułowana „Projekt NG”. Nazwa brzmiała obco i złowieszczo. Otworzyła ją.

„Wszystko gotowe do wyjazdu?”
„Tak, pokoje są zarezerwowane.”
„Świetnie. Ta sama baza co ostatnio?”
„Tak, w Szniegyninie. Spotykamy się trzydziestego pierwszego o dziesiątej rano.”

Serce zaczęło jej walić jak oszalałe. Szniegynina – ośrodek wypoczynkowy, w którym byli dwa lata temu na imprezie firmowej. Las, cisza, piękne miejsce, jakieś pięćdziesiąt kilometrów od miasta.

Przy kolejnym komunikacie drgnęła.
„Powiedziałeś żonie?”
„Powiedziałem, że jadę do rodziców.”
„I uwierzyła?”
„Na to wygląda. Chociaż Walja nie jest głupia, może coś podejrzewa.”

Valentina upuściła telefon. Więc jednak… Nie czytała dalej. Odłożyła urządzenie na szafkę nocną, jakby parzyło ją w dłonie. W biurze panował gwar, wszyscy rozmawiali o planach na święta.

Valentina mechanicznie przeglądała dokumenty, podpisywała faktury. W jej głowie ciągle odbijały się zdania z wiadomości.

– Valentina Siergiejewna! – wpadła do pokoju sekretarka, Ljuda. – Oleg Nikołajewicz prosi, żeby pani do niego przyszła.

Oleg Nikołajewicz, jej szef i właściciel firmy budowlanej, siedział za ogromnym biurkiem, układając papiery.

– Ach, Valja, wejdź tylko. Posłuchaj, jutro ma być małe spotkanie firmowe. W kameralnym gronie, dla naszych ludzi. Na bazie wypoczynkowej, pamiętasz, byliśmy tam dwa lata temu.

Valentina napęczniała ze zdenerwowania.

– W Szniegyninie?

– Dokładnie! Pamięć ci dopisuje. Zapraszam cię więc. Nie będzie nas dużo, jakieś piętnaście osób. Spokojnie i miło powitamy Nowy Rok.

– Dziękuję, Oleg Nikołajewicz, ale mam już swoje plany…

– Jakie plany? – uśmiechnął się. – Twój mąż, wiem, wyjechał na „delegację”. Nie siedź sama w domu.

Valentina zamarła.

– Delegację?

– Oczywiście. Wczoraj go spotkałem, mówił, że to pilny projekt, musi zakończyć przed świętami. Nawet żartowałem, czy pozwoliła mu żona.

Krew pulsowała jej w skroniach. Andriej nie tylko jej kłamał.

– Jeszcze przemyślę to spotkanie.

– Decyzję podejmij do wieczora. Jeśli trzeba, wyślę samochód.

Wróciła do biura, zamknęła drzwi. Wyjęła telefon i zadzwoniła do teściowej.

– Halo, Valjuszka? – głos Mariji Pawłowny był zdziwiony. – Coś się stało?

– Nic, wszystko w porządku. Chciałam tylko zapytać… Andriej mówił, że na sylwestra przyjedzie do was.

Długa pauza.

– Do nas? Pierwszy raz słyszę. Z ojcem i bratem jedziemy do Samary. Bilety już mamy.

– Rozumiem. Pewnie coś źle zrozumiałam.

– Valja, u was wszystko w porządku?

– Oczywiście. Szczęśliwego Nowego Roku.

Odłożyła telefon. Więc rodzice też nic nie wiedzieli. Delegacja nie istnieje. Zostaje baza wypoczynkowa i tajemniczy „Projekt NG”.

Telefon zadzwonił – to była Svieta.

– Valja, problem! Mama upadła, skręciła nogę. Jesteśmy na SOR-ze.

– Co się stało? Jak to się stało?

– Poślizgnęła się przed sklepem na lodzie. Mówią, że poważne skręcenie, może nawet pęknięcie. Dasz radę przyjechać?

– Już jadę.

W szpitalu unosił się zapach leków i chloru. Matka siedziała na łóżku, noga w gipsie.

– Ach, Valjuszko, akurat teraz… – narzekała Irina Pietrownna. – Przed świętami.

– Mama, najważniejsze, że nic się nie złamało. Teraz odpoczywasz.

– Jaki odpoczynek? Trzeba nakryć stół, przygotować sałatki. Prezent dla Nastii też jeszcze nie kupiłam.

– Wszystko załatwimy – objęła ją Svieta. – Prawda, Valja? Valentina skinęła głową. Myśl o Andrieju krążyła gdzieś w głowie, ale teraz nie było miejsca na te rozważania.

Wieczorem siedziały razem w kuchni u matki. Nastia już spała, zupełnie wyczerpana po dniu.

– Dziewczyny, a Andriej gdzie? – zapytała Irina Pietrownna.

Valentina i Svieta spojrzały na siebie.

– U swoich rodziców – odpowiedziała Valentina.

– Przed sylwestrem? To dziwne.

– Mamo – syknęła Svieta.

– Co mamo? Od dziesięciu lat są małżeństwem, zawsze razem świętowali. A teraz nagle…

– Mamo, proszę, nie – Valentina wstała. – Wracam do domu. Jutro rano pomogę w gotowaniu.

Na zewnątrz padał śnieg. Duże płatki spadały na jej ramiona i topniały na twarzy. Wsiadła do auta, ale nie uruchamiała silnika. Wyjęła telefon.

„Oleg Nikołajewicz, jutro będę na spotkaniu firmowym.” W ciągu minuty przyszła odpowiedź. „Świetnie! Samochód odbierze cię o 9:30.”

W domu panowała ciemność i cisza. Valentina poszła do kuchni i nalała sobie kieliszek wina. Czerwone, cierpkie – Andriej nigdy takiego nie pił, on wolał piwo.

Przypomniała sobie, jak się poznali. Dziesięć lat i trzy miesiące temu. Również zimą, na lodowisku. Ona upadła, Andriej podniósł ją. Banalna historia, a jednak wtedy wydawała się przeznaczeniem.

Pierwszego sylwestra spędzili razem w wynajętym mieszkaniu. Mało pieniędzy, tylko szampan i mandarynki. Przy małej choince siedzieli na podłodze, szeptając życzenia na Nowy Rok.

Kiedy wszystko zaczęło się zmieniać? Valentina próbowała przypomnieć sobie. Rok temu? A może wcześniej? Andriej coraz częściej zostawał w pracy, coraz częściej wyjeżdżał na „delegacje”.

Nie przywiązywała wagi – kryzys, mało zamówień, trzeba było się sprężać. Telefon zadrżał. Wiadomość od Andrieja:

„Nie czekaj, skończę późno.” Valentina gorzko się uśmiechnęła. Nie czekać – tego już się nauczyła.

Rankiem trzydziestego pierwszego grudnia obudziła się, widząc, że Andriej pakuje rzeczy. Przy drzwiach wejściowych stała duża torba podróżna.

– Wcześnie… – odezwała się.

– Lepiej ruszyć wcześniej, korków jeszcze nie ma.

Valentina usiadła na łóżku i obserwowała go. Andriej krzątał się, sprawdzał dokumenty, szukał ładowarki do telefonu.

– Przekaż pozdrowienia rodzicom.

Na chwilę zamarła.

– Przekażę.

– I powiedz im, że na święta piekę ciasto, potem przyjdziemy do nich.

– Dobrze.

Andriej podszedł do łóżka, niezdarnie pocałował ją w policzek. Pachniał nowym perfumem – czegoś, czego wcześniej nie używał.

– To w drogę.

– Szczęśliwej podróży.

Drzwi się zamknęły. Valentina odczekała pięć minut, potem podeszła do okna. Auto Andrieja właśnie wyjeżdżało z podwórza. Szybko się ubrała, wzięła telefon i zamówiła taksówkę.

– Proszę śledzić srebrną Toyotę – powiedziała kierowcy. – Ostrożnie, niech nie zauważy.

Kierowca, starszy mężczyzna o łagodnej twarzy, cicho się zaśmiał.

– Męża pani śledzi?

– W pewnym sensie tak.

– Rozumiem. Moja żona też kiedyś mnie sprawdzała. A ja naprawdę na ryby szedłem.

Przejeżdżali przez zaśnieżone miasto. Ulice były prawie puste – dzień świąteczny, wszyscy szykowali się na sylwestra. Andriej zjechał na obwodnicę.

– Dokąd to prowadzi? – zdziwił się kierowca. – Tam są tylko domki letniskowe i ośrodki.

– Jedź dalej.

Po pół godzinie Toyota skręciła przy szlabanie, na tablicy widniał napis: „Baza wypoczynkowa Szniegynina”. Valentina poprosiła kierowcę, by się zatrzymał.

– Dziękuję. Stąd pójdę sama.

Zapłaciła za przejazd, wysiadła. Do bazy pozostało około trzystu metrów. Ruszyła pieszo, drzewa osłaniały ją przed ciekawskimi spojrzeniami.

Na parkingu stało kilka aut. Andriej akurat wyciągał torbę z bagażnika. Podszedł do niego wysoka blondynka w czerwonym płaszczu. Rozmawiali, śmiali się.

Valentina rozpoznała: Karina z działu projektowego. Młoda, ambitna, niedawno rozwiedziona. Ale wtedy wydarzyło się coś nieoczekiwanego. Pojawili się kolejni ludzie – mężczyzna i kobieta, potem jeszcze dwoje. Wszyscy z laptopami i teczkami.

Valentina zmarszczyła brwi. To wcale nie przypominało romantycznego spotkania. Telefon zadzwonił – dzwonił Oleg Nikołajewicz.

– Valentina Siergiejewna, samochód już wyjechał po panią.

– Ja… ja już tu jestem.

– Tu? Na bazie?

– Tak. Przyszłam sama.

– No proszę, jaka szybkość! W sali konferencyjnej się zbieramy, proszę tam iść.

Valentina powoli ruszyła w stronę budynku. Co tu się właściwie dzieje?

Hol był gwarni. Około dwudziestu osób, każdy z laptopem i teczką. Na ścianach projektory, duże ekrany.

– Valentina Siergiejewna! – pobiegła do niej Ljuda. – Myśleliśmy, że pani nie przyjdzie.

– Ljuda… co się tutaj dzieje?

– No cóż, burza mózgów! Oleg Nikołajewicz postanowił połączyć przyjemne z pożytecznym. Najpierw pracujemy, potem świętujemy.

– Nad jakim projektem?

– „Nowogorodzki” się nazywa. Ogromne zamówienie, osiedle mieszkaniowe. Terminy palą, dlatego tu są wszyscy zainteresowani.

Nowogorodzki. NG. Projekt NG.

Krew Valentiny gwałtownie uderzyła do twarzy. Jak była głupia.

W sali konferencyjnej Andriej stał przy tablicy, coś tłumacząc. Gdy zobaczył żonę, zamarł z otwartymi ustami.

– Valja? Co ty tu robisz?

Wszyscy zwrócili na nich uwagę.

– Oleg Nikołajewicz zaprosił mnie na spotkanie firmowe – powiedziała spokojnie Valentina. – Nie wiedziałam, że będą pracować.

– Valentina Siergiejewna jest duszą finansów – zaśmiał się Oleg. – Bez niej żaden projekt by się nie rozpoczął. Dobrze zrobiła, że przyszła.

Andriej spojrzał na nią zakłopotany. Karina nachyliła się do niego i coś szepnęła, Andriej skinął głową i kontynuował prezentację. Valentina usiadła w rogu, obserwując. Więc to była „delegacja”. To byli „rodzice”.

Po dwóch godzinach zrobili przerwę. Valentina wyszła na taras zaczerpnąć świeżego powietrza. Andriej podszedł do niej.

– Valja, mogę ci to wytłumaczyć…

– Co? Że kłamałeś o rodzicach? Że Olegowi też kłamałeś o delegacji?

– Słuchaj, to duży projekt. Jeśli się uda, ogromna premia. Chciałem zrobić niespodziankę.

– Niespodziankę? – odwróciła się Valentina. – Wiesz, co myślę? Po prostu nie chciałeś spędzić ze mną sylwestra. Dlatego wymyśliłeś wszystko.

Andriej milczał, odwrócił wzrok.

– Nie wymyśliłem. Po prostu… zmęczyłem się. Wszystkim. Rutyną, obowiązkami. Chciałem być w innym otoczeniu.

– Bez mnie.

– Tak. Bez ciebie też.

Jego słowa bolały bardziej niż policzek. Valentina złapała balustradę tarasu.

– Dziesięć lat, Andriej. Dziesięć wspólnie przeżytych lat.

– Wiem. I co? Mamy cierpieć kolejne dziesięć?

– Cierpieć?

Zmęczona przeczesała włosy dłonią.

– Valja, przyznaj… od dawna jesteśmy tylko współlokatorami. Śpimy w tym samym łóżku, to wszystko. Nie ma uczuć, nie ma namiętności.

– A z Kariną jest namiętność?

– Co Karina ma do tego? – zdziwił się szczerze. – Pracujemy razem.

Valentina zaśmiała się. No tak. Na próżno się martwiła.

– Wiesz co? Pracuj. Świętuj Nowy Rok z kolegami. Ja pójdę do mamy.

Odwróciła się i wróciła do budynku.

– Valja, poczekaj!

Nie zatrzymała się.

W holu minęła Olega.

– Już wychodzi? A świętowanie?

– Przepraszam, sprawy rodzinne. Mama złamała nogę.

– Och, przykro mi. To niech jedzie. Szczęśliwego Nowego Roku!

Na zewnątrz zamówiła taksówkę. Czekając, patrzyła przez okno sali konferencyjnej. Andriej stał przy tablicy, tłumacząc z zapałem. Karina się śmiała, reszta kiwała głowami.

Inne otoczenie. Niech więc ma inne otoczenie.

U matki w mieszkaniu unosił się zapach ciasta i mandarynek. Nastia ozdabiała choinkę, Svieta kroiła sałatki.

– Nareszcie! – uścisnęła Svieta. – Gdzie jest Andriej?

– Pracuje. Pilny projekt.

Svieta spojrzała uważnie, ale nie pytała niczego.

– Babciu, patrz, jaką gwiazdę zrobiłam! – Nastia pokazała wyciętą z kartonu, przyklejoną folią gwiazdę.

– Piękna – powiedziała Irina Pietrownna z kanapy, noga w gipsie. – Valjuszko, tak blada jesteś. Wszystko w porządku?

– Wszystko, mamo. Wolę pomagać przy sałatkach. Cicho przygotowywały się. Svieta kilka razy chciała coś zapytać, ale Valentina milczała. O godzinie dziesiątej nakryły do stołu. Skromnie, domowo – sałatka po francusku, śledź w panierce, słynne ciasto mamy.

– Nasz ojciec też kiedyś wyjechał w sylwestra – odezwała się nagle Irina Pietrowna. – Pamiętacie?

Walentina i Swieta spojrzały po sobie.

– Mamo, po co o tym mówisz?

– Czemu nie? Wtedy miałyście pięć i osiem lat. Powiedział, że to „delegacja”. A potem okazało się, że świętował z sekretarką.

– Mamo! – rzuciła Swieta, patrząc na Nasztę.

– Naszta jest bystrym dzieckiem, wszystko rozumie. Prawda, skarbie?

Naszta skinęła głową i kontynuowała jedzenie sałatki.

– Wtedy myślałam, że to koniec świata – powiedziała mama. – Rodzina, dzieci… potem zrozumiałam, że to nie koniec. Życie toczy się dalej. Wychowałam was, stanęłyście na nogi. I ja też.

Walentina patrzyła na matkę. Piękna, zadbana kobieta, nawet w wieku sześćdziesięciu pięciu lat. Sama wychowała dwie córki, pracując w dwóch miejscach.

– Jesteś silna, mamo.

– Wszyscy jesteśmy silni, kiedy trzeba. Tylko nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę.

O północy stuknęli kieliszkami – dorośli szampanem, Naszta napojem gazowanym.

– Za nowe życie! – powiedziała Swieta.

– Za nowe początki! – dodała matka.

Walentina milczała. Telefon miała w torebce, nie słyszała dzwonków. Wiedziała, że Andrej będzie próbował się kontaktować. Chciał pogratulować, tłumaczyć się.

– Walja, powiedz coś – poprosiła Swieta.

Walentina uniosła kieliszek.

– Za szczerość. Niech nowy rok będzie o tym, że jesteśmy szczerzy wobec siebie.

Po północy oglądali koncert, Naszta zasnęła na kanapie. Swieta zaniosła ją do pokoju.

– Śpisz tutaj dzisiaj? – zapytała matka.

– Tak.

Zostały same. Matka głaskała ją po włosach jak za dzieciństwa.

– Opowiesz mi?

I Walentina opowiedziała wszystko. O „oddzielnym” sylwestrze, kłamstwach, o ośrodku i projekcie.

– Po prostu się zmęczył, mamo. Powiedział, że potrzebuje innego otoczenia.

– Wiesz co mówię? Dobrze, że dowiedziałaś się teraz. Nie za dwadzieścia lat.

– Ale byliśmy razem dziesięć lat…

– I co z tego? Kolejne dziesięć lat miałabyś znosić kogoś, kto już cię nie chce?

Walentina zaczęła płakać. Pierwszy raz tego dnia.

– Płacz – przytuliła ją matka. – Będzie łatwiej.

Pierwszego stycznia obudził ją zapach kawy. Swieta smażyła naleśniki.

– Szczęśliwego nowego roku, siostrzyczko!

– Tobie też.

– Andrej dzwonił. Może piętnaście razy. Powiedziałam, że śpisz.

Walentina skinęła głową. Nie miała apetytu, ale Swieta ją zmusiła.

– Jedz. Smutek to smutek, ale potrzebna siła.

Po śniadaniu Walentina włączyła telefon. Dwadzieścia trzy nieodebrane połączenia, dziesięć wiadomości. „Walja, wybacz”, „Musimy porozmawiać”, „Jestem głupi”, „Proszę, wróć do domu”.

Ostatnia była sprzed godziny. „Jestem w domu. Czekam.” Walentina odpisała: „Za godzinę będę. Naprawdę musimy porozmawiać.”

W domu mieszał się zapach alkoholu i spalenizny. Andrej siedział przy kuchennym stole, w zarostem, w pomiętej koszuli.

– Walja, dzięki Bogu. Myślałem, że nie przyjdziesz.

Usiadł naprzeciw niej, obserwował jej twarz. Naprawdę kochała tego człowieka przez dziesięć lat?

– Złożę pozew rozwodowy.

Andrej zadrżał.

– Walja, nie od razu tak. Wiem, że cię zraniłem. Ale rozwód…

– Nie chodzi o urazę. Ty powiedziałeś, że jesteśmy tylko współlokatorami. To po co mielibyśmy kontynuować?

– Ale… przyzwyczailiśmy się do siebie.

– Dokładnie. Przyzwyczailiśmy się. Ale trzeba żyć, kochać. Oboje zasługujemy na więcej niż przyzwyczajenie.

Andrej milczał, obracając filiżankę w dłoniach.

– A… mieszkanie? Rzeczy?

Walentina się uśmiechnęła. To ją martwiło.

– Rozwiążemy. Mieszkanie było twoje przed ślubem, nie żądam. Swoje rzeczy zabiorę później.

– Wyjeżdżasz?

– Na jakiś czas u mamy. Potem wynajmę coś.

Wstała, weszła do sypialni, żeby spakować. Andrej został w kuchni.

W ciągu godziny skończyła. Najpotrzebniejsze dwie torby.

– Walja – stanął w drzwiach Andrej. – Może jeszcze raz przemyślimy? Nie spieszmy się.

– Nie spieszę się. Myślałam o tym od dawna, tylko bałam się powiedzieć. Dziękuję, że pomogłeś podjąć decyzję.

– Nie chciałem… tylko kilka dni odpoczynku.

– I miałbyś je mieć. Z kolegami, w innym otoczeniu. Bez żony, która stała się ciężarem.

– Nie jesteś ciężarem!

– Andrej, dość. Oboje znamy prawdę.

Wyszła z mieszkania, nie oglądając się. W klatce schodowej spotkała sąsiada.

– Szczęśliwego nowego roku, Waleczka!

Na zewnątrz świeciło styczniowe słońce. Śnieg skrzył się jak z bajki. Walentina wzięła głęboki oddech, pozwalając, by mroźne powietrze uderzyło w twarz, ożywiło ciało. Telefon zadzwonił – Swietłana.

– No i jak tam?

– Spakowałam się. Idę do was.

– Dobrze! Mama smaży naleśniki, czekamy.

Walentina wsiadła do auta, jeszcze raz spojrzała na okna mieszkania. Dziesięć lat. Całe życie. A teraz – koniec. Nie. Nie koniec. Początek. Włączyła silnik i ruszyła. Przed nią nowy rok, nowe życie. Straszne? Tak. Ale ekscytujące też.

Na czerwonym świetle zobaczyła siebie w lusterku. Oczy błyszczały, twarz zaróżowiona od zimna. Żywa. Prawdziwa.

Telefon zadzwonił ponownie – nieznany numer.

– Walentina Siergiejewna? Tu Karina z działu projektowego. Przepraszam, że w święta przeszkadzam…

– Słucham.

– Chciałam przeprosić. Andrej Igoriewicz powiedział mi wszystko. Przez moją sugestię pomyślał, że…

– Karina – przerwała jej cicho Walentina. – Niczego pani nie zawiniła. Naprawdę.

– Ale gdybym nie zaproponowała tamtego planu pracy w ośrodku…

– I tak coś by się wydarzyło. Wcześniej czy później. Nie męcz się tym.

– Dziękuję… i szczęśliwego nowego roku.

– Pani też.

Walentina odłożyła telefon i uśmiechnęła się. Biedna dziewczyna, pewnie ma wyrzuty sumienia. Przed domem matki zatrzymała się, otworzyła konwersację z Andrejem i wpisała:

„Dziękuję za te dziesięć lat. Było w nich wiele pięknych chwil. Ale wszystko kiedyś się kończy. Bądź szczęśliwy.”

Wysłała i usunęła rozmowę. Koniec.

W drzwiach powitała ją Naszta.

– Ciociu Walja! Czekaliśmy! Mama mówi, że teraz z nami zamieszkasz!

– Na jakiś czas, skarbie.

W środku ciepło i przytulnie. Matka nalewała herbatę, Swietłana nakrywała do stołu.

– No, rozwiodłaś się? – zapytała Swietłana.

– Jeszcze się przygotowuję. Ale decyzja zapadła.

– I dobrze! – podała filiżankę matka. – Nie wolno marnować życia na kogoś, kogo już się nie kocha.

Siedziały, piły herbatę, jadły naleśniki. Na dworze padał śnieg. Naszta pokazywała rysunki, matka opowiadała dawne historie ze swojego dzieciństwa. Walentina patrzyła na nie i pomyślała: to jest prawdziwe życie. Proste. Nie błyszczące. Ale szczere.

Wieczorem zadzwonił Oleg Nyikolajewicz.

– Walentina Siergiejewna, wesołych świąt! Jak się ma pani matka?

– Dziękuję, lepiej. Zdjęli gips.

– Świetnie. Mam tu sprawę. Projekt Novogorodzkij został zatwierdzony. Będzie piękna premia. I jeszcze coś… potrzebuję dyrektora finansowego. Czy panią to interesuje?

Walentina prawie upuściła telefon.

– Dyrektora finansowego?

– Dlaczego zdziwienie? Jest pani najlepszym specjalistą. Wynagrodzenie też będzie podwójne. Co pani na to?

– Muszę… przemyśleć.

– Proszę pomyśleć do poniedziałku. Ale mam nadzieję, że powie pani „tak”.

Odłożyła telefon. Dyrektor finansowy. Nowa pozycja. Nowa odpowiedzialność.

Nowe życie.

– Co się stało? – wsunęła głowę Swietłana.

– Zaproponowano mi awans.

– To ogromne! Gratulacje!

Przytuliły się. Siostra pachniała wanilią i cynamonem – przez cały dzień piekły z Nasztą.

– Wiesz – powiedziała Swietłana – może to przeznaczenie. Wszystko musiało się tak potoczyć.

Walentina się zamyśliła. Gdyby Andrej nie pojechał do ośrodka, nie dowiedziałaby się prawdy. Nie zdecydowałaby się na rozwód. Nie dostałaby awansu – Oleg na pewno doceniłby, że wzięła udział w tym spotkaniu.

Łańcuch zdarzeń, który prowadził do nowego życia.

Trzeciego stycznia wróciła do pustego mieszkania po swoje rzeczy. Andrej nie był tam – w końcu naprawdę pojechał do rodziców.

Walentina przeszła od pokoju do pokoju, zbierając swoje rzeczy. Albumy, ulubione książki, wazon od matki. Wcale nie było tego wiele. Przez dziesięć lat zebrało się zaskakująco mało rzeczy osobistych.

Na toaletce leżało pudełko – prezent od Andreja z poprzednich urodzin. Złote kolczyki, piękne, kosztowne. Nie zabrała go. W przedpokoju wisiało zdjęcie ślubne. Młodzi, szczęśliwi, pełni nadziei. Walentina zdjęła je ze ściany, długo patrzyła.

Potem włożyła do pudełka Andreja. Na stole kuchennym zostawiła karteczkę: „Wzięłam swoje rzeczy. Klucze w skrzynce pocztowej. Dokumenty rozwodowe otrzymasz od prawnika. Powodzenia.” Wyszła i nie obejrzała się.

Tego wieczoru z Nasztą spacerowały po parku. Dziewczynka lepiła bałwana, Walentina pomagała.

– Ciociu Vali, czemu Andrej nie przyszedł?

Walentina zatrzymała się, trzymając w dłoni śnieżną kulę.

– On… bardzo zajęty.

– Pokłóciliście się?

Dzieci wszystko wyczuwają.

– Trochę.

– Moja mama i tata też się kłócili. Potem tata zamieszkał w innym domu.

– A ty jak się czułaś?

Naszta wzruszyła ramionami.

– Najpierw smutno. Potem przyzwyczaiłam się. Mama mówiła, że czasem tak bywa. Ludzie czasem idą różnymi drogami.

Dziecięca mądrość.

– Twoja mama mądra.

– Tak. I powiedziała, że najważniejsze, by każdy był szczęśliwy. Nawet jeśli nie razem.

Walentina przytuliła dziewczynkę.

– Ma rację.

Skończyły bałwana, udekorowały go: Naszta owinęła szyję zapasowym szalikiem, kamienie zrobiły guziki, marchewka była z domu.

– Piękny! – klasnęła Naszta. – Nadajmy mu imię!

– Dobrze.

– Niech będzie… Noworoczek! Bo po Nowym Roku go lepiliśmy!

Walentina wybuchnęła śmiechem.

– Idealne imię.

Trzymając się za ręce wracały do domu. W oknach domów świeciły się światła, na choinkach migotały girlandy. Święto trwało dalej.

W domu Swietłana czekała z gorącą czekoladą.

– Wystarczająco się wybiegałyście?

– Lepiłyśmy bałwana! – rzuciła Naszta, zrzucając buty. – Ogromnego!

Gdy dziewczynka entuzjastycznie opowiadała, Walentina poszła do kuchni, wyjęła telefon i wybrała numer.

– Oleg Nyikolajewicz? Tu Walentina. Przyjmuję stanowisko dyrektora finansowego.

– Świetnie! Wiedziałem, że nie powiesz „nie”. W poniedziałek omówimy szczegóły.

Nalewała sobie herbatę, usiadła przy oknie. Na zewnątrz padał śnieg, latarnie złociły krajobraz. Nowe życie się zaczęło. Bez fanfar. Bez dramatów. Po prostu się zaczęło. I to było dobre.

Visited 257 times, 1 visit(s) today
Oceń ten artykuł