– Marish, gdzie utknęłaś? Skończył się ogórek, a Valerka pyta, czy jest jeszcze ciepłe jedzenie,
bo tylko podjadanie chleba nie jest zbyt eleganckie! – rozległ się głos Siergieja z salonu, ochrypły po wczorajszym hałaśliwym świętowaniu, zagłuszając dźwięk telewizora, w którym pokazywano przygody Shurika już po raz setny.
Marina stała pośrodku kuchni, wpatrując się w jeden punkt. A właściwie nie w punkt, lecz w górę.
Był to prawdziwy Everest, monumentalna budowla z brudnych talerzy, misek sałatkowych z przypalonym majonezem, tłustych blach, kieliszków z osadem wina i lepkich kubków po soku.
Wyglądało, jakby ta góra naczyń żyła własnym życiem, oddychała zapachem dymu i wczorajszej sałatki Olivier, grożąc za każdym razem lawinowym zsunięciem się na podłogę.
Zegar wskazywał dwunastą w południe. Pierwszy stycznia. Dzień, w którym cały kraj dalej zjada resztki sałatek i leniwie przełącza kanały, ciesząc się zasłużonym odpoczynkiem. Cały kraj, ale nie Marina.
Spojrzała na swoje dłonie. Skóra na palcach wciąż była sucha i szorstka po wczorajszym maratonie. 31 grudnia wstała o siódmej. Gotowanie, krojenie, smażenie, duszenie.
„Marish, podaj”, „Marish, przynieś”, „Marish, gdzie korkociąg?” Zaledwie pięć minut brakowało, by usiąść przy stole przed północnym dzwonem i pomarzyć o czymś. O czym? „Chcę po prostu odpocząć.”
Wyglądało na to, że Wszechświat nie słyszał. Albo słyszał, ale postanowił sobie zakpić.
Do kuchni, kulejąc i drapiąc się po brzuchu, wpadł Valera – najlepszy przyjaciel męża.
– Och, gospodyni! – przywitał się wesoło, próbując skupić wzrok na Marinie. – Zgubiliśmy cię! Słuchaj, Svetka prosiła o herbatę. Z cytryną, bo boli ją głowa. A ten tort… twój „Napoleon”? Chodź, przynieś, zadbamy o organizm!
Marina powoli odwróciła głowę. Valera uśmiechał się szeroko, błyszcząc złotą koroną. Nawet nie spojrzał na zlew, pełen naczyń. Dla niego brudne naczynia były plamą niewidzialną.
Brudne naczynia były tak naturalną częścią krajobrazu jak tapeta czy żyrandol i powinny zniknąć jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w rękach gospodyni.
– Valer, – powiedziała Marina cicho. – Czajnik na kuchence. Tort w lodówce. Noże w szufladzie.
Valera zamarł, mrugając z niedowierzaniem.
– Nie rozumiem. To samoobsługa? Marish, co się z tobą dzieje? Jesteśmy gośćmi. A kopanie w szufladach to nie męska robota. Tobie to nie przeszkadza, wiesz gdzie co jest.
W drzwiach pojawił się Siergiej. Wyglądał na zabieganego, ale zdeterminowanego.
– Mas’, co tam robisz? Ludzie czekają. Zrób szybko herbatę, pokrój kanapki z kawiorem, była jeszcze jedna puszka, prawda? – wskazał w stronę zlewu. – A potem… trzeba by też umyć naczynia. Nie ma czystych widelców, czym zjemy tort? Rękami, czy jak?
Coś w Marinie pękło. Cienki, ledwie słyszalny dźwięk, jak zerwana napięta struna. Przypomniała sobie wczorajszy wieczór. Dziesięciu gości.
Hałas, zgiełk, toasty za „strażniczkę gniazda”, która przez dwa dni utrzymywała gniazdo bez przerwy. Pamiętała, że o trzeciej nad ranem, kiedy ostatni goście (Valera i Svetka, którzy spali na kanapie) w końcu poszli spać,

jeszcze godzinę sprzątała ze stołu, aby resztki się nie zepsuły. Siergiej poszedł wtedy spać, mówiąc: „Zostawmy, jutro się tym zajmiemy.”
A „jutro” nadeszło. Tylko że w rozumieniu Siergieja oznaczało to, że Marina ma się tym zająć.
– Nie będę zmywać – powiedziała stanowczo.
Siergiej, który sięgał właśnie po kawałek kiełbasy, zamarł.
– Co?
– Powiedziałam, nie będę zmywać. I nie zrobię herbaty. Ani kanapek nie pokroję. Jestem zmęczona. Mam wolne.
Valera zaśmiał się, myśląc, że to tylko noworoczny żart.
– Och, Siergiej, widać bunt na statku! Zobacz, twoja żona rusza się poprawnie! Serio, Marinka, jesteś komikiem! Ale jeśli mówisz serio… jesteśmy głodni, brak pomocy.
Ale Siergiej, który znał swoją żonę od piętnastu lat, wiedział, że to nie żart. Uśmiech zniknął z jego twarzy. W jego głosie pojawiły się stalowe tony, których Marina nie lubiła.
– Marin, przestań koncertować. Nie ośmieszaj mnie przed przyjaciółmi. Co się z tobą stało? Święto jest, wszyscy odpoczywają…
– Dokładnie! – przerwała Marina, a jej głos niespodziewanie zabrzmiał donośnie.
– Wszyscy odpoczywają! Ty odpoczywasz, Valera odpoczywa, Svetka odpoczywa na kanapie. A ja? Wczoraj cały dzień byłam w kuchni, dziś rano znowu? Jestem wynajętą pomocą? Zmywaczką, która jeszcze podaje herbatę?
– Jesteś kobietą! – podniósł „argument” Valera, wskazując palcem w powietrzu. – Strażniczka ciepła domu. To twoje zadanie.
– Komu przypisane, temu już przypisane – odparła Marina. – Siergiej, spójrz na tę górę. Widzisz? Dwie godziny pracy. Nie chcę tego. Chcę iść na spacer.
– Spacer? – oczy Siergieja zrobiły się szeroko otwarte. – Dokąd? Minus piętnaście! Zwariowałaś? A goście?
– Goście są dorośli. Mają ręce. I ty też. Tutaj – wskazała na gąbkę i butelkę płynu do naczyń. – Fairy, woda, gąbka. Prosty algorytm: namydlić, spłukać, położyć na suszarce. Dacie radę.
– Marin, nie wygłupiaj się! – Siergiej naprawdę się zdenerwował. – O czym ty mówisz? To pięć minut pracy!
– Pięć minut? – Marina gorzko się uśmiechnęła. – Jeśli pięć minut, to ty jeszcze łatwiej dasz radę. Koniec rozmowy.
Odwróciła się i wyszła z kuchni.
– Hej, dokąd idziesz? – krzyknął za nią Siergiej. – Herbata?!
Marina nie odpowiedziała. Poszła do sypialni, gdzie na łóżku leżały zimowe ubrania gości. Z obrzydzeniem odsunęła płaszcz Svetki i wyciągnęła swoje ciepłe spodnie narciarskie, sweter i puchową kurtkę.
Szybko się ubrała, jak żołnierz w alarmie, obawiając się, że determinacja wyparuje, a przyzwyczajenie do bycia „dobrą żoną” weźmie górę.
Na korytarzu jej mąż zablokował drogę. Ręce na biodrach, czerwony i zmieszany.
– Naprawdę myślisz poważnie? Po prostu wychodzisz i zostawiasz nas? Z brudnymi naczyniami i bez jedzenia?
– W lodówce jest pełno jedzenia, Siergiej. W mikrofalówce dwa przyciski. Zmywanie… zostawmy. Albo niech zrobi Valera. Albo Svetka. Oni też jedli.
– Svetka jest gościem! – zaprotestował Siergiej. – Jak mogę zmusić gościa do zmywania?
– A żonę można? Nie szkoda ci?
– O czym ty mówisz? To twój obowiązek! Tak się robi! Moja matka zawsze myła i nie załamała się!
– To zadzwoń do mojej matki, niech przyjdzie i umyje – rzuciła Marina, zapinając buty. – Rezygnuję.
Otworzyła drzwi i trzaskiem je zamknęła.
Na zewnątrz było zimno i zaskakująco cicho. Miasto spało. Nieliczni przechodnie, głównie z psami, przemierzali zaśnieżone ścieżki. Powietrze czyste, ostre, pachnące resztkami fajerwerków.
Marina wzięła głęboki oddech, czując, jak zimne powietrze wypełnia jej płuca, wypierając zapach kuchni i urażenie. Przez pierwsze pięć minut szła szybko, prawie biegła, napędzana adrenaliną i złością.
W jej głowie kołatały wściekłe dialogi, które nie zostały dokończone.
„Powinnam była powiedzieć o blaszce! Trzy godziny ją szorowałam przed pieczeniem! Powinnam była wspomnieć, że obiecał krojenie, a potem pogrążył się w grze w czołgi!”
Z upływem czasu złość powoli ustępowała, ustępując miejsca dawno zapomnianemu, dziwnemu poczuciu wolności.







