Nowe biurowe krzesło błyszczało chromowanymi podłokietnikami, miękką skórzaną tapicerką i wygodnym zagłówkiem.
Oleg Iwanowicz kupił ten drogi fotel Kosti, kierownikowi sprzedaży, podczas gdy ja już piąty miesiąc siedziałem na tym samym starym krześle z sali konferencyjnej.
Miałem dwadzieścia trzy lata, ukończyłem studia z języków orientalnych z wyróżnieniem i przez pięć lat uczyłem się języka koreańskiego, w tym także tłumaczeń specjalistycznych.
Mimo to pracowałem jako stażysta w firmie zajmującej się sprzedażą podzespołów elektronicznych, gdzie ani razu nie powierzono mi zadania odpowiadającego mojemu wykształceniu.
Moje codzienne obowiązki polegały na dostarczaniu dokumentów do różnych urzędów, kupowaniu obiadu dla dyrektora,
sprzątaniu jego gabinetu przed spotkaniami, rozdawaniu poczty oraz zmywaniu naczyń w kuchni po naradach.
Wszystko to wykonywałem bez wynagrodzenia, podczas gdy z miesiąca na miesiąc obiecywano mi, że po zakończeniu stażu otrzymam dobrą rekomendację. Kiedy w lutym zapytałem,
kiedy zostanie ze mną podpisana umowa o pracę lub przynajmniej płatna umowa stażowa, Oleg Iwanowicz chłodno oznajmił, że jako stażyście nie przysługuje mi żadne wynagrodzenie, ponieważ jego zdaniem samo zdobywanie doświadczenia jest wystarczającą nagrodą.
Każdy przepracowany dzień starannie zapisywałem w zeszycie. Data, liczba przepracowanych godzin, wykonane zadania i każdy najmniejszy szczegół były w nim odnotowane, ponieważ początkowo prowadziłem go na potrzeby sprawozdania ze stażu.
Nie przypuszczałem wtedy, że ten zeszyt stanie się później moim najważniejszym dowodem.
W kwietniu nastąpił nieoczekiwany zwrot wydarzeń. Firma przygotowywała się do podpisania umowy z dużym południowokoreańskim przedsiębiorstwem, co oznaczało kontrakt wart kilka milionów rubli.
W ostatniej chwili oficjalny tłumacz odwołał swój udział z powodu choroby. W biurze wybuchła panika, ponieważ nikt nie mówił po koreańsku.
Wtedy zaproponowałem, że podejmę się tłumaczenia, ponieważ na studiach przez wiele lat przygotowywałem się do podobnych zadań zawodowych.
Przez dwie i pół godziny tłumaczyłem całe spotkanie, włącznie ze szczegółami technicznymi, warunkami umowy oraz negocjacjami handlowymi.
Koreański partner, pan Pak, kilkakrotnie z uznaniem skinął głową, po czym osobiście wręczył mi swoją wizytówkę i podziękował za precyzyjnie wykonaną pracę. Spotkanie zakończyło się sukcesem, a firma uratowała kontrakt wart kilka milionów rubli.
Spodziewałem się przynajmniej słowa podziękowania, lecz zamiast tego Kostia otrzymał premię w wysokości osiemdziesięciu tysięcy rubli, ponieważ oficjalnie to on kierował projektem.
Mnie nawet nie wspomniano, a tego samego dnia ponownie odesłano mnie do sortowania poczty, jakby nie wydarzyło się nic szczególnego.
W kolejnych tygodniach tłumaczyłem każdą korespondencję w języku koreańskim i przygotowywałem odpowiedzi, jednak na polecenie dyrektora pod wszystkimi dokumentami widniał podpis Kostii.

Przygotowałem dwadzieścia dwa listy biznesowe, podczas gdy koreańscy partnerzy nieustannie go chwalili, sądząc, że to on prowadzi z nimi korespondencję. Czas wykonania i treść każdego tłumaczenia nadal dokładnie zapisywałem w swoim zeszycie.
Podczas firmowego przyjęcia urodzinowego dyrektor publicznie wychwalał Kostię za udane międzynarodowe negocjacje,
a księgowa Swietłana cicho podeszła do mnie i wyznała, że w biurze wszyscy wiedzą, iż to ja wykonałem całą pracę, ale nikt nie odważy się powiedzieć tego otwarcie.
Po pewnym czasie postanowiłem, że nie będę już dalej wykonywał tłumaczeń za darmo. W uprzejmym liście poinformowałem Olega Iwanowicza, że jako stażysta nie mam tego w zakresie swoich obowiązków, dlatego dalszą korespondencję powinien powierzyć temu współpracownikowi,
którego oficjalnie przedstawił jako kierownika projektu. Kilka dni później koreański partner napisał bezpośrednio do dyrektora, że brakuje mu dotychczasowej osoby kontaktowej, ponieważ jakość korespondencji wyraźnie się pogorszyła.
Wtedy wyszło na jaw, że Kostia nie rozumiał ani jednego koreańskiego słowa, a automatyczny translator popełniał poważne błędy w dokumentacji technicznej. Dyrektor ze złością obwinił mnie,
twierdząc, że narażam przyszłość firmy. Gdy odpowiedziałem, że za pracę tłumacza należy się wynagrodzenie, otwarcie oświadczył, że jego zdaniem stażyści są jedynie łatwo zastępowalną siłą roboczą.
Następnie zadzwoniłem do biura tłumaczeń, gdzie poznałem oficjalne stawki rynkowe, a potem skontaktowałem się również z inspekcją pracy.
Tam wyjaśniono mi, że jeśli stażysta regularnie wykonuje pełnowartościowe obowiązki pracownika bez wynagrodzenia i bez umowy, może to stanowić naruszenie prawa. Wtedy byłem już pewien, że wszystkie moje notatki będą miały ogromne znaczenie.
W domu szczegółowo obliczyłem wartość wykonanej przeze mnie pracy tłumacza. Negocjacje biznesowe, korespondencja techniczna, rozmowy telefoniczne i prace przygotowawcze zajęły łącznie około stu dwudziestu godzin.
Według oficjalnych stawek rynkowych ich wartość wynosiła około trzystu sześćdziesięciu tysięcy rubli.
W dniu ostatecznego podpisania umowy ponownie tłumaczyłem całe spotkanie. Gdy jednak do złożenia podpisów brakowało już tylko ostatniego kroku, wręczyłem Olegowi Iwanowiczowi oficjalną fakturę za wcześniej wykonaną pracę tłumacza.
Spokojnie wyjaśniłem, że nie był to prezent ani przysługa, lecz wykwalifikowana praca, którą przez wiele miesięcy wykonywałem bez wynagrodzenia.
Pan Pak usłyszał tę rozmowę, po czym zapytał mnie po koreańsku, czy naprawdę nie otrzymałem za tę pracę żadnego wynagrodzenia. Kiedy odpowiedziałem twierdząco, odłożył pióro na stół i oznajmił,
że nie podpiszą umowy, dopóki firma nie ureguluje w uczciwy sposób sytuacji tłumacza. Podkreślił, że chcą współpracować wyłącznie z partnerami, którzy sprawiedliwie traktują swoich pracowników.
Dyrektor natychmiast oskarżył mnie o szantaż, lecz spokojnie poinformowałem go, że o całej sprawie zawiadomiłem już również inspekcję pracy.
Następnie położyłem swoją przepustkę stażysty na stole, pożegnałem się i po raz pierwszy opuściłem budynek, nie otrzymując żadnego kolejnego upokarzającego polecenia.
Kilka tygodni później inspekcja pracy wszczęła oficjalną kontrolę. Swietłana jako świadek potwierdziła moje notatki, a realizacja koreańskiego kontraktu została na pewien czas wstrzymana.
Niedługo później pan Pak osobiście do mnie zadzwonił i zaproponował mi stanowisko specjalisty do spraw kontaktów międzynarodowych w swojej firmie. Nowe wynagrodzenie było czterokrotnie wyższe od tego, które wcześniej otrzymywał Kostia.
Później usłyszałem, że Oleg Iwanowicz opowiada wszystkim, iż jestem niewdzięcznym i szantażującym człowiekiem, który zniszczył firmę. Ja jednak widziałem tę historię zupełnie inaczej.
Mój stary zeszyt nadal leżał w szufladzie biurka, zawierając dokładne zapiski z każdego z stu trzydziestu dwóch dni pracy.
Dla mnie te zapisane strony były dowodem, że wiedza zawodowa, uczciwa praca i ludzka godność zawsze mają swoją wartość, nawet jeśli ktoś przez długi czas nie chce tego uznać.







