Moi zagraniczni sąsiedzi dali mi to i życzyli smacznego: ale było to coś twardego i w ogóle nie wyglądało jak jedzenie, bardziej jak jajko. – Bardzo interesujące

Interesujące

Moi zagraniczni sąsiedzi dali mi coś pewnego dnia, życzyli „bon appétit”, a ja szczerze myślałam, że to jakiś błąd — albo żart.

Bo to, co mi wręczyli, w ogóle nie wyglądało jak jedzenie.

Było twarde, ciemne, dziwnie ukształtowane… jak coś wyciągniętego z muzealnej gabloty albo wyrwane z prehistorycznego świata. Gładkie w niektórych miejscach, chropowate w innych, całkowicie pozbawione życia w moich dłoniach. Zimne jak kamień. Bez zapachu, bez miękkości, bez najmniejszej oznaki, że można to zjeść.

Stałam w kuchni, trzymając tę torbę, próbując zrozumieć, co właściwie mam z tym zrobić.

Nasza relacja zawsze była prosta — tylko uprzejme skinienia w windzie, krótkie „cześć”, nic więcej. Dlatego kiedy tamtego wieczoru ktoś zapukał do drzwi, a oni stali tam uśmiechnięci, trzymając tajemniczą paczkę i radośnie mówiąc „Bon appétit”, zamarłam.

„Czy to… jedzenie?” zapytałam ostrożnie.

Oni tylko skinęli głowami z szerokimi, zachęcającymi uśmiechami, jakby dali mi coś wspaniałego.

A potem odeszli.

A ja zostałam sama z tym.

Przekładałam te rzeczy w dłoniach. Wyobraźnia zaczęła pracować na pełnych obrotach. A jeśli to w ogóle nie jest jedzenie? A jeśli właśnie dostałam coś symbolicznego? Albo gorzej — coś, czego nie powinnam w ogóle próbować zrozumieć?

Nawet wahałam się, czy włożyć to do lodówki, jakby mogło „zanieczyścić” resztę jedzenia. Wyrzucenie tego też wydawało się niewłaściwe — jakbym odrzucała jakąś kulturową tajemnicę, której jeszcze nie odkodowałam.

Więc zrobiłam to, co robi każdy w chwili zagubienia — zaczęłam szukać.

Zdjęcie po zdjęciu, opis po opisie, aż w końcu coś się zgadzało. I kiedy to znalazłam, wybuchnęłam śmiechem z niedowierzania.

Orzechy wodne.

Coś tak zwyczajnego dla nich… a tak obcego dla mnie, że nie potrafiłam tego nawet rozpoznać jako jedzenia.

Podobno się je obiera, gotuje, a w niektórych kuchniach nawet je na surowo. Prosty składnik. Popularny przysmak. Coś zupełnie normalnego.

Następnego dnia powiedziałam sąsiadom, że odkryłam, co to jest. Ich twarze natychmiast się rozpromieniły i zaczęli z entuzjazmem pokazywać mi, jak to obierać i przygotowywać, przekrzykując się nawzajem i gestykulując.

I wtedy naprawdę to do mnie dotarło.

Jak dziwny i ogromny jest świat — jak ten sam przedmiot może być „oczywistym jedzeniem” w jednej kuchni, a w innej tajemniczym, niemal obcym artefaktem.

Visited 1 times, 1 visit(s) today
Oceń ten artykuł