Poranek zaczął się od buczenia żelazka i zapachu przypalonej bawełny. Ksenia metodycznie przesuwała gładką stopą po śnieżnobiałej koszuli Romana. Na zewnątrz mżył deszcz, monotonnie stukając o blaszany parapet.
— Roman, Sofja Pawłowna przyjedzie za godzinę podmiejskim autobusem — Ksenia odstawiła żelazko i spojrzała na męża.
Mężczyzna stał przed ogromnym lustrem w przedpokoju, starannie poprawiając kołnierzyk i przyglądając się swojemu odbiciu.
— Ksenia, wczoraj odebrałem samochód z myjni. Drogi są błotniste. Niech Sofja Pawłowna weźmie taksówkę. Musimy jeszcze wstąpić po kwiaty dla Rimmy Arkadjewny, czas nas goni.
— Ona żyje z niewielkiej emerytury, Roman. Jaka taksówka do podmiejskiego klubu? Musi przejechać przez całe miasto.
— I tak już wydałem sporo na prezent dla mamy, nie mam dodatkowych pieniędzy na jeżdżenie tam i z powrotem — skrzywił się, zapinając spinki do mankietów. — Poradzi sobie. Jest dorosła. Nie rób z igły widły.
Ksenia bez słowa odwróciła się do deski do prasowania. W gardle stanęła jej ciężka gula. Trzy lata małżeństwa nauczyły ją łagodzić konflikty.
Roman we wszystkim zależał od swojej dominującej matki, właścicielki sieci hurtowni, i wolał nie zauważać problemów, jeśli nie dotyczyły go bezpośrednio.
Swoją mamę, Sofję Pawłownę, Ksenia spotkała już przy kutych bramach restauracji „Kedrowy Bereg”. Lokal słynął z zawrotnych cen i ciężkiego przepychu: marmurowe kolumny, sztukaterie, portierzy w białych rękawiczkach.
Sofja Pawłowna stała na wietrze, otulona prostym wełnianym płaszczem. W rękach ostrożnie trzymała papierową torbę. Jak zawsze pachniała lawendowym mydłem i świeżymi wypiekami.
Większą część życia przepracowała w regionalnym internacie z trudną młodzieżą, oddając całe swoje ciepło obcym dzieciom.
— Ksenia, córeczko — uśmiechnęła się łagodnie, poprawiając okulary. — Zrobiłam na drutach puchowy szal dla Rimmy Arkadjewny. Ręczna robota. I przywiozłam słoik malinowego dżemu, chyba jej smakował w zeszłym roku.
Ksenia przytuliła ją i poczuła, jak kruche są jej ramiona pod płaszczem. Trudno było sobie wyobrazić, jak wyniosła Rimma Arkadjewna zareaguje na domowy dżem.
W przestronnym holu restauracji grał cichy jazz. Goście zbierali się w małe grupki: mężczyźni w eleganckich garniturach, kobiety w wieczorowych sukniach, otoczone zapachem ciężkich, drogich perfum.
Rimma Arkadjewna stała w centrum sali, przyjmując życzenia. Miała na sobie bordową jedwabną suknię, a na szyi ciężki złoty naszyjnik. Gdy zauważyła krewnych, zmierzyła wzrokiem skromny strój Sofji Pawłowny. Jej uśmiech natychmiast zniknął.
— A, Sofja Pawłowna. Jednak pani przyszła — powiedziała sucho, nie robiąc kroku w jej stronę. — Proszę wejść. Tylko proszę zostawić ten pakunek w szatni, nie trzeba z takimi torbami wchodzić na salę. Mamy tu porządne towarzystwo.
W sali bankietowej stoły uginały się od przysmaków. Pieczony jesiotr, kryształowe kieliszki pełne drogiego wina musującego. Rimma Arkadjewna pewnie szła przodem, wskazując miejsca.

Zatrzymała się przy dwuskrzydłowych drzwiach prowadzących do kuchni. Stamtąd ciągnęło chłodem, parą i zapachem mokrych ścierek.
— Sofja Pawłowna, pani miejsce jest przy stoliku dla personelu — machnęła niedbale ręką. — Tam są wolne krzesła. Będzie pani wygodniej, z dala od zgiełku.
Ksenia zamarła. W piersi zrobiło się ciasno z oburzenia. Sofja Pawłowna tylko skinęła głową, spuszczając wzrok.
— Oczywiście, Rimmo Arkadjewno. Tam będzie mi dobrze. Jestem cichą osobą.
Ksenia odwróciła się do męża.
— Roman, dlaczego twoja matka tak do niej mówi?
— Ksenia, nie zaczynaj. Mama ma święto. Ona decyduje, kto gdzie siedzi. Przy głównym stole siedzą ważni ludzie. O czym Sofja Pawłowna miałaby z nimi rozmawiać? O sadzonkach?
Ksenia zacisnęła zęby i podeszła do matki.
Kobieta siedziała na niewygodnym krześle. Kelnerzy co chwilę ją potrącali. Przed nią stał tylko talerz warzyw i szklanka napoju owocowego.
— Mamo, chodźmy stąd — powiedziała Ksenia.
— Nie, Ksenia. Wszystko w porządku. Warzywa są bardzo świeże — odpowiedziała cicho.
Ksenia wróciła na swoje miejsce. Nie mogła jeść.
Później, gdy goście byli już podpici, Rimma Arkadjewna wygłosiła przemówienie.
— Moją największą radością jest mój syn, Roman. Ma wielkie serce. Ożenił się z dziewczyną z prostej rodziny. Przyjęliśmy ją. Jesteśmy hojni.
Śmiech rozległ się po sali.
— Roman, nic nie powiesz? — szepnęła Ksenia.
— To prawda — odpowiedział obojętnie.
W tym momencie drzwi się otworzyły. Do środka wszedł Wiaczesław Borysowicz, szef regionu.
Mężczyzna podszedł prosto do Sofji Pawłowny.
— Sofjo Pawłowno! — powiedział ciepło. — Szukałem pani!
Pocałował ją w rękę.
— Wiaczesław… jakim wielkim człowiekiem zostałeś — uśmiechnęła się kobieta.
— Dlaczego pani tu siedzi? — zapytał.
— Tu mi dobrze…
Twarz mężczyzny pociemniała.
— Kto jest ważniejszy od niej? To ona uczyniła mnie człowiekiem.
Na sali zapadła cisza.
— Wstyd — powiedział chłodno.
Potem zwrócił się do niej:
— Chodźmy, pojedziemy do mnie.
Ksenia wstała. Zdjęła naszyjnik i położyła go na stole.
— Składam pozew o rozwód, Roman.
I odeszli.
Wieczór spędzili w ciepłym, przyjaznym domu. Pili herbatę, jedli ciasta. Nie było tam ani odrobiny fałszu.
Później interesy Rimmy Arkadjewny zaczęły podupadać. Kontakty zniknęły.
Roman próbował odzyskać Ksenię.
— To nie o twoją matkę chodzi — powiedziała kobieta. — Chodzi o ciebie.
I odeszła.
Sofja Pawłowna nadal mieszka w swojej małej wiosce. Ale teraz w każdy weekend przyjeżdża po nią samochód — ktoś, kto pamięta dobro i zna prawdziwą wartość człowieka.







