— Moja mama się do nas wprowadza, zwolnij pokój! — oznajmił mój mąż stanowczo.
Denis rzucił klucze na szafkę przy wejściu, zdjął buty, nie rozwiązując sznurowadeł, i przeszedł do kuchni. Ja siedziałam przy stole, segregując zamówienia.
Na stole leżały kawałki bazy do mydeł, obok nich ustawione były buteleczki z olejkami eterycznymi, formy silikonowe i kartonowe pudełka. To było moje małe hobby, które powoli zaczynało przynosić pieniądze.
Gdy usłyszałam jego słowa, przestałam ciąć taśmę klejącą. Rolka skrzypiała nerwowo, a potem zaczęła zwisać w powietrzu.
— Co powiedziałeś? — odłożyłam nożyczki, ręce mi drżały.
— Dokładnie to, co usłyszałaś, Rita. Tamara Iljinicszna jest sama, źle się czuje.
Przeprowadza się w tę sobotę. Dzisiaj spakuj jej formy, garnki, pudełka. Przenieś je do naszej sypialni, stół ustawimy w rogu szafy. Trochę się pomieścimy ciasno.
Wyciągnął z lodówki torebkę soku owocowego, nalał sobie szklankę i wypił jednym haustem. Głośno odstawił ją do zlewu.
Całe moje ciało napięło się. Ten mały pokój z wąskim oknem, które wychodziło na pustą ścianę sąsiada, był moim jedynym prywatnym miejscem w całym mieszkaniu.
Stała tu moja półka, mogłam się tu zamknąć i spędzić nawet godzinę sama, podczas gdy mój sześcioletni syn, Ilja, oglądał bajki. Denis wiedział, jak bardzo się cieszyłam, gdy remontowaliśmy pokój. A teraz wszystko zostało zburzone. Bez słowa.
— Denis, umówiliśmy się, że takie sprawy omawiamy razem — spojrzałam na jego plecy w pogniecionej koszuli. — Gdzie mam postawić moją półkę? W sypialni nie ma miejsca nawet na deskę do prasowania.
— Nie denerwuj się! — odwrócił się nagle do mnie. — Jedna osoba potrzebuje opieki. Jest sama. A ty robisz problem z powodu swojego mydła. Koniec. Rozmowa zakończona.
Natychmiast poszedł do salonu, ciężkie kroki na laminowanej podłodze. Niedługo potem z pokoju dobiegł głos komentatorów sportowych.
Siedziałam nad półspakowanym pudełkiem. Powietrze wypełnił zapach lawendy i słodkiej pomarańczy, ale od tego mieszania czułam się zawrotnie.
Nie byłam zaniepokojona przez moją macochę; bardziej dlatego, jak łatwo mnie odsunięto, po prostu stając przed faktem dokonanym.
Strzepnęłam kartony do kosza, przetarłam ręce wilgotną chusteczką i wyciągnęłam telefon.
— Halo, mamo? Nie śpisz? — zapytałam, słuchając dzwonka.
— Nie, Rito — głos Antoniny Siergiejewnej był żywy, w tle telewizor mruczał. — Właśnie robię na drutach. U was wszystko w porządku? Iljuszka nie kaszle?
— Nie kaszle. Mamo, mam pomysł — obniżyłam głos i dyskretnie zajrzałam przez drzwi salonu. — Przyjedź do nas, spędź u nas zimę. Samemu marznąć w domu, odśnieżać… Tutaj w mieście jest ciepło, sklep blisko, Ilja będzie szczęśliwy z twojej wizyty.
Z moją mamą zapanowała cisza. Słychać było, jak druty stukają o brzeg stołu.
— Rito, stało się coś z wami? Denis szaleje?
— Nikt nie szaleje. Po prostu zwolniliśmy mały pokój. Jest dużo miejsca. Przyjedź pierwszym porannym pociągiem jutro.
Całą noc spędziłam pakując moje mydło.
Starannie układałam formy, buteleczki owijałam w folię bąbelkową. Denis zajrzał raz, zobaczył pudełka, przytaknął sobie i poszedł spać. Myślał, że się poddałam.
W piątek rano zadzwonił domofon. Denis właśnie przegryzał kanapkę, zanim miał iść do pracy. Otworzył drzwi.
Na schodach stała moja mama. W szarej pikowanej kurtce, z dwoma dużymi, mocnymi torbami z materiału.
— Dzień dobry, gospodarze! — weszła Antonina Siergiejewna, odkładając torby na dywan.
Denis był zaskoczony. Spojrzał na torby, potem na twarz mojej mamy, w końcu powoli na mnie. Stałam spokojnie, oparta o framugę drzwi.
— Antonino… Siergiejewno? Co cię tu tak wcześnie sprowadza? — bełkotał.
— Rita zadzwoniła. Powiedziała, że nudno mi samemu na wsi. Mam już lata, plecy bolą, trzeba nosić drewno. Do wiosny będę u was, zajmę się wnuczkiem — mama zdjąła buty i poszła do łazienki umyć ręce.
Denis zawołał do kuchni, najwyraźniej chciał porozmawiać bez świadków.
— Rito, co robisz? Jutro przyjedzie moja mama!
— Wiem — delikatnie odepchnęłam jego rękę. — Ale sam wczoraj powiedziałeś, że starszej osobie trudno w czterech ścianach i potrzebuje opieki. Moja mama też ma trudniej. Więc będzie mieszkać z nami.
— Gdzie będzie spać?!
— W małym pokoju. Włożyłam stary rozkładany kanapę. Wystarczy miejsca dla nich obu. Znajdą wspólny język, prawie są w tym samym wieku.
Denis otworzył usta, zamknął, przetarł brodę. Nie mógł wyrzucić mojej mamy — mieszkanie kupiliśmy razem na kredyt, płaciliśmy po równo.
Nie chciał wywoływać kłótni przed Ilją, który już radośnie przytulał się do babci. Podniósł kurtkę i wyszedł przez drzwi.
Tamara Iljinicszna przyjechała w sobotę na obiad. W drogim, kremowym płaszczu, z walizką na kółkach.

— Denis, ostrożnie, krucha! — krzyknęła z drzwi, gdy mój mąż wnosił walizkę na korytarz. — I otwórz okno w kuchni, zapach oleju się roznosi.
Poszła jak gospodyni do małego pokoju, otworzyła drzwi i zamarła.
Na kanapie siedziała Antonina Siergiejewna. W plastikowym pojemniku sortowała włóczkę.
— Witaj, Tamaro. Chodź — mama poprawiła okulary na nosie. — Lewą półkę w szafie zwolniłam dla ciebie.
Macocha powoli spojrzała na swojego syna.
— Co to za wspólny pokój, Denis? Obiecałeś mi osobną sypialnię!
Mój mąż chodził tam i z powrotem, patrząc w podłogę.
— Mamo, tak wyszło… Rita też zadzwoniła do swojej. Trochę musimy się pomieścić ciasno.
Macocha tak mocno zacisnęła usta, że niemal zniknęły z jej twarzy. Nie mogła się cofnąć — własne „dwupokojowe” mieszkanie wynajęła już na pół roku. Milcząco przesunęła walizkę do kąta i demonstracyjnie zatrzasnęła drzwi.
Zaczęły się dziwne dni.
Moja mama wstawała o siódmej rano. Cicho gotowała owsiankę, karmiła Ilję, czesała mu włosy po myciu. Nie wtrącała się w nasze rozmowy, nie przestawiała kubków w kuchni. Po prostu żyła obok nas.
Tamara Iljinicszna wychodziła o dziesiątej. Długo przyglądała się kuchence, a potem głośno westchnęła, żeby słychać było na korytarzu:
— Znowu ta wieśniacza owsianka. Denis dostanie zgagi od tego.
Myła po mnie naczynia, ganiła Ilję, jeśli zabawka spadła na laminowaną podłogę. Ciągle wietrzyła, narzekała na powietrze. Denis i ja przestaliśmy rozmawiać podczas kolacji.
Stukanie widelca o talerz brzmiało niemal nienaturalnie głośno. Nikt nie chciał odezwać się, żeby nie wywołać kłótni.
Po dwóch tygodniach napięcie wybuchło.
W piątkowy wieczór Antonina Siergiejewna gotowała pilaw. Prawdziwy, z kminkiem i berberysem. Kuchnię wypełnił ciepły, korzenny zapach. Mama i ja piłyśmy herbatę, gdy weszła macocha.
Otworzyła lodówkę, przeglądnęła półki, zamknęła drzwi. Potem spojrzała na garnek z pilawem.
— Chcecie wypełnić cały dom tym tłustym zapachem? — głos stał się tak ostry, że bolało w uszy. — Mój płaszcz na korytarzu już śmierdzi od zapachu pojemnika z jedzeniem!
— Tamaro, nie kłóć się bez powodu — odpowiedziała spokojnie mama. — Jest pyszne, usiądź, dam ci porcję.
— Zachowaj swoje jedzenie dla siebie! — podniosła głos macocha. — Tutaj rządzicie jak ptaki! Przyjechaliście ze wsi i wydajecie rozkazy!
Odłożyłam kubek, herbata wylała się na obrus.
— Tamaro Iljinicszna, przestań. Moja mama jest w moim domu. Nie ma prawa tak do niej mówić.
— O, to twój dom?! — obróciła się do mnie ostro. — Ten dom kupił mój syn!
Na korytarzu zatrzasnęło się zamknięcie. Denis wszedł. Zdjął płaszcz, poszedł do kuchni i spojrzał na nas. Wyglądał na zmęczonego, całkowicie wyczerpanego.
— Co teraz omawiamy? — zapytał cicho.
— Twoja żona i jej matka wypychają mnie stąd! — wskazała na mnie macocha. — Wszystko dzieje się celowo!
Denis zamknął oczy i głęboko westchnął.
— Dość. Po prostu słuchajcie — zdjął ręce z twarzy. — Nie chcę wracać do domu. Siedzę godzinami w samochodzie przed domem, tylko żeby tego nie słyszeć. Mam dość. Przez was obie.
Tamara Iljinicszna zaczęła się cofać.
— Więc twoja mama ci przeszkadza? — przełknęła. — Dobrze. Idę. Jutro wyrzucę lokatorów i wyjdę.
Weszła do pokoju i zaczęła łomotać w szufladach. Denis nie poszedł za nią. Usadowił się na krześle i patrzył w okno.
Późnym wieczorem, gdy dzieci i babcie udały się do swoich pokoi, podeszłam do męża.
— Dlaczego w ogóle ją tu przywiozłeś? Ma dobre mieszkanie, emeryturę, przyjaciół.
Długo patrzył na moją dłoń.
— Rito, po śmierci ojca się zmieniła. Nocą dzwoniła, płakała. Powiedziała, że słyszy kroki ojca na korytarzu. Wyraźnie zaczynała podupadać. Pomyślałem, że ją tu przywiozę, tu jest hałas, Iljuszka biega… Myślałem, że to odciągnie jej uwagę.
Serce mi się ścisnęło. Nagle wyraźnie zobaczyłam kobietę samą w mieszkaniu. Cała gorycz, drobiazgi, kłótnie — to wszystko było tylko skrzywioną próbą przeciw samotności. Nie mogła prosić o pomoc w inny sposób.
Rano moja mama wyszła na korytarz w butach i płaszczu. W rękach trzymała torby.
— Dokąd idziesz? — zatrzymałam ją.
— Czas wracać do domu, Rito. Trzeba powierzyć sąsiadowi kury, rozpalić piec. Wy dacie sobie radę tutaj — objęła mnie. — Nauczcie się rozmawiać osobno. Tamara jest teraz w najgorszej sytuacji.
Gdy zamknęły się za nią drzwi, mieszkanie wydało się puste. Poszłam do kuchni, nalałam kawy. Potem wyciągnęłam telefon i zaczęłam dzwonić do macochy. Tamara Iljinicszna odebrała przy piątym dzwonku.
— Halo.
Głos był bezbarwny. Nie było zwykłej stalowości.
— Tamaro Iljinicszna, dzień dobry — patrzyłam przez okno na mokry asfalt. — Przyjdź. Jest dużo miejsca. Denis się martwi. Ilja pytał o ciebie od rana.
Długa cisza. Słychać było tylko słabe oddechy w słuchawce.
— Ja… wczoraj za dużo powiedziałam, Rito — odezwała się tak cicho, że musiałam przycisnąć telefon do ucha.
— Nic nie szkodzi. Przyjdź.
Wieczorem wróciła. Bez rozkazywania i wyrzutów. Po prostu zdjąła płaszcz, poszła do kuchni i wyciągnęła pudełko eklerów.
Od tego czasu Denis całkowicie się zmienił. Pyta o moją opinię przed zakupem, sam złożył mój nowy stół roboczy i postawił go na ogrzewanym balkonie.
Tamara Iljinicszna nie stała się idealną teściową jak w reklamie. Czasem z przyzwyczajenia marudziła o okruszkach na stole. Ale pewnego późnego wieczoru, gdy przechodziłam obok pokoju mojego syna, usłyszałam cichy głos.
Macocha siedziała na skraju łóżka Ilji, poprawiała koc i czytała mu bajkę. W jej słowach było tyle troski, ile przez długi czas próbowała ukryć za ciągłym narzekaniem.
Ludzie nie rodzą się źli. Czasem po prostu dostają zbyt mocny cios od życia i zapominają, jak być ciepłym. Ale jeśli nie odpowiemy agresją na agresję, wszystko się układa. Najważniejsze jest, żeby chcieć.







