— No, dlaczego stoisz tam bez ruchu? — podeszła bliżej Antonina Wasiljewna z tacą, ledwo mieszcząc się obok mojej jedwabnej sukni, prawie jej nie pobrudziwszy. — Napij się natychmiast! Stałam całą noc w kuchni, żeby dla ciebie przygotować te ziołowe napary, tylko z twojego powodu!
Przesunęłam wzrok po jej twarzy. Na zwykle zaróżowionych policzkach pojawiły się nieregularne plamy, a ciężkie złote kolczyki drżały przy każdym oddechu. W każdym jej ruchu czuło się typową, rozkazującą siłę i kontrolę.
Na otwartej werandzie restauracji w Kazaniu tłoczyli się ludzie; zgromadziło się około pięćdziesięciu osób. Mój mąż, Ilja, właśnie kończył trzydzieści pięć lat. Cała uroczystość — od wynajęcia klubu nad brzegiem Wołgi po zaproszenie zespołu muzycznego — była opłacona przeze mnie.
Przez ostatnie trzy lata moje studia wnętrzarskie przynosiły ładny dochód, a Ilja błagał: „Zrób to pięknie, żeby zachwycić moich dawnych przyjaciół i kolegów z salonu samochodowego.”
Spojrzałam na nich. Ilja stał dwa kroki ode mnie, bezradnie kręcąc pustym kieliszkiem w ręku, udając, że bada wzór obrusa.
Zaledwie dziesięć minut wcześniej Oksana, młodsza siostra Ilji, wyciągnęła mnie na korytarz. Jej usta drżały, gdy chwyciła moją dłoń; jej uścisk sprawił, że skóra zabolała.
— Słuchaj, Zofio, błagam cię, nie przyjmuj nic od swojej matki — szepnęła, rozglądając się wokół drzwi. — Byłam przy kuchni, poprosiłam o zimną wodę. Twoja matka stała tam z Kristiną, wyjęła małą buteleczkę i skropiła ją do twojego kieliszka.
Kristina zachichotała: „Co, jeśli to nie zadziała?” — Twoja matka tylko powiedziała: „Zadziała. W dziesięć minut ta zarozumiała kobieta zacznie mówić głupoty i przyniesie sobie wstyd, tu, przed gośćmi. Zrobimy z tego widowisko. Iljuszka sama będzie chciała pozbyć się tej nieśmiałej kobiety.”
Kristina. Córka najlepszej przyjaciółki mojej matki. Dziewczyna, która przez ostatnie pół roku ciągle kręciła się po naszym domu na wsi. Raz z powodu sadzonek, innym razem Ilja nagle musiał iść naprawić kran.
Odrzuciłam te nieprzyjemne myśli, usprawiedliwiając je pilnymi obowiązkami.
Teraz Antonina Wasiljewna stała przede mną z tacą.
— Zofio, naprawdę — w końcu odezwał się Ilja, w jego oczach pojawił się błysk irytacji. — Twoja matka działała z czystego serca. Napij się swoich witamin, nie rób sceny. Goście patrzą.
I rzeczywiście patrzyli. Ludzie przy sąsiednim stole cicho czekali na rozwój sytuacji.
— Co za troska — wygięłam usta w uśmiechu, choć w środku rozprzestrzenił się lodowaty gniew. — Dziękuję, Antonina Wasiljewna.
Wyciągnęłam rękę po kieliszek, ale łokciem zręcznie strąciłam ciężką solniczkę. Szkło z hukiem uderzyło o drewnianą podłogę, a czarne ziarenka soli potoczyły się w różne strony.
— O, przepraszam! — pochyliłam się, udając, że próbuję złapać potoczoną nakrętkę.
Moja synowa odruchowo spojrzała na swoją stopę. Ilja nerwowo przełknął ślinę i przykucnął przy mnie. W tej ułamku sekundy przeniosłam kieliszek do drugiego, dokładnie takiego samego, z tym samym przezroczysto-bursztynowym napojem.

Wstałam, trzymając kieliszek w ręce.
— Ale jestem niezdarna! Ale picie samej za zdrowie solenizanta to zły omen. Chodź, mama! — mój głos był miły, ale ostry. — Przyjmij ode mnie propozycję.
Jej twarz napięła się. Przy dziesięciu świadkach nie mogła odmówić — w ten sposób przyznałaby, że coś jest nie tak w kieliszku.
— No, no, Antonina Wasiljewna, do dna! — zawołał wesoły przyjaciel Ilji.
Niechętnie sięgnęła po kieliszek. Zderzyliśmy się kieliszkami. Wypiłam duży łyk gorzkiego napoju, podczas gdy moja teściowa, ze ściśniętymi oczami, opróżniła swój.
Wróciłam do stołu, położyłam plaster sera na talerzu i cierpliwie czekałam. W środku burzyła się złość. Sześć lat małżeństwa, miliony zainwestowane w tę rodzinę.
Kupiłam dom, opłaciłam podróże i wakacje rodziców męża. W zamian nieustannie słuchałam krytyki, że „nie jestem odpowiednią żoną”, bo wciąż nie urodziliśmy dzieci.
Minęło piętnaście minut. Antonina Wasiljewna siedziała na swoim miejscu, ciężko wachlując się menu. Pot na jej czole spływał, a spojrzenie kierowała na mnie, czekając, kiedy wybuchnę. Ja spokojnie sączyłam wodę gazowaną.
I wtedy wydarzyło się nieoczekiwane: moja teściowa zaczęła głośno czkać. Potem jeszcze raz. Nagle wybuchnęła chichotem, ochrypłym, gwałtownym, odchylając się do tyłu na oparciu wiklinowego krzesła. Zespół akurat robił przerwę.
Antonina Wasiljewna wstała z trudem, odrzuciła krzesło i podeszła do mikrofonu. Na twarzy malował się szalony, triumfalny uśmiech. Wyrwała mikrofon ze statywu. W sali rozległ się ostry, nieprzyjemny skrzyp.
— Proszę o chwilę uwagi! — wrzasnęła. Język wyraźnie się plątał.
Ilja zadrżał.
— Mamo, co się stało? Chodź, usiądźmy…
— Ręce w górę! — odsunęła go tak mocno, że Ilja cofnął się. — Ja jestem gospodynią tego wieczoru! Mam prawo mówić!
Jej spojrzenie przesunęło się po gościach i zatrzymało na moim teściu. Michaił Siergiejewicz, były nauczyciel, inteligentny i powściągliwy, siedział nieruchomo przy głównym stole.
— Ty, Misha! — wrzasnęła do mikrofonu. — Siedzisz tam z mądrą miną. A kim jesteś beze mnie? Niczym! Całe życie przeglądałeś papiery za grosze. Gdyby nie moja zaradność i pieniądze mojej synowej, nadal mieszkalibyśmy w bloku!
Na werandzie zapanowała cisza. Wszyscy wstrzymali ruch; nawet ciche pluskanie fal Wołgi było słyszalne. Michaił Siergiejewicz zbledł, ściskał obrus, tkanina się napinała.
Ale napój w kieliszku zadziałał. Antonina Wasiljewna odwróciła się ku mnie.
— A ty, Zofio! — wsunęła palec w moją stronę. — Siedzisz tam jak królowa. Kupiłaś dom! Robisz remonty! Ale to ty jesteś winna! Przez sześć lat nie mogłaś urodzić dziecka! Po co Ilji taka żona?
Przerażające, ale zachowałam spokój. Spojrzałam na niego, Ilja przycisnął się do filara, nawet nie próbował powstrzymać obelg, nie podszedł bliżej.
— Ale nic! — wrzasnęła triumfalnie. — Mamy Kristine! Ona jest prawdziwą kobietą. Inteligentna, piękna. Już spodziewa się dziecka z Ilją! Daje nam normalnego wnuka, a tę nieśmiałą dziś wyrzucimy!
Kristina, siedząca przy narożnym stole, zarumieniła się, chwyciła torebkę i prawie uciekła, stukając obcasami.
Spojrzałam na Ilję. Patrzył na mnie zdezorientowany. W obecności mojej synowej znosił intrygi. Pozwolił matce tak ze mną postąpić.
Michaił Siergiejewicz powoli wstał. Pewnym krokiem podszedł do sceny, odebrał mikrofon żonie i zwrócił się do gości.
— Drodzy goście! W imieniu tej kobiety i niefrasobliwego syna serdecznie przepraszam. Uroczystość dobiegła końca.
Następnie spojrzał na Ilję. Jego głos był spokojny, bez emocji.
— Odprowadź matkę do domu. I nigdy więcej nie chcę cię widzieć w moim domu. Obrzydliwi jesteście oboje.
Tego wieczoru spakowałam się, zarezerwowałam pokój w hotelu. Rano złożył pozew rozwodowy i zablokowałam wszystkie karty, do których Ilja miał dostęp.
Dzwonił z nieznanych numerów, podglądał moje biuro, wysyłał kilometrowe wiadomości, twierdząc, że Kristina to wymysł, a matka tylko przesadziła. Nie odpowiedziałam.
Minął miesiąc. Przeprowadziłam się do wynajętego mieszkania w centrum z panoramicznymi oknami, rzuciłam się w nowe projekty i znów spałam spokojnie.
Kropką nad „i” był deszczowy, wtorkowy wieczór. Zadzwonił domofon. Na ekranie zobaczyłam Ilję. Po jego wyglądzie nie było śladu dawnej świetności. Mokra, cienka kurtka, zarost, zapadnięta twarz.
Wpuściłam go tylko po to, by postawić kropkę nad „i”. Wszedł do przedpokoju, zostawiając brudne ślady na jasnej podłodze laminowanej. Jego zapach był nieprzyjemny.
— Zofio… — wydmuchał nos. — Proszę, wysłuchaj mnie. Jestem na dnie.
Po tym, jak teść ich przepędził, Ilja próbował udowodnić swoją niezależność. Skontaktował się z „wiarygodnymi ludźmi”, pożyczył dużą sumę, zabezpieczając samochód i część mieszkania matki, wszystko wpłacił do funduszu inwestycyjnego, który po trzech tygodniach zbankrutował.
— Codziennie przychodzą. Grożą — drżał, patrząc na mnie. — Twoja matka po tym wszystkim całkowicie się rozpadła, teraz nie wychodzi z domu. Kristina, gdy dowiedziała się o długach, natychmiast zniknęła.
Zofio, mamy wspólne konta… to są pieniądze twojej firmy. Pomóż. Podpiszę rezygnację z całego majątku, tylko załatw długi! Na człowieka, z którym chciałam się zestarzeć, patrzyłam tylko z odrazą.
— Czyli nie przyszłaś po przeprosiny? — skrzyżowałam ręce. — Chcesz pieniędzy, żeby uratować własną skórę?
— Zofio, niebezpieczni ludzie! Zabiją nas! — podszedł bliżej, próbując chwycić moją dłoń. Cofnęłam się.
Wyjęłam wcześniej przygotowany przez prawnika dokument. Zgodnie z nim dom na wsi, formalnie kupiony w trakcie małżeństwa, ale w pełni za moje pieniądze, przeszedł całkowicie na mnie bez żadnych procesów sądowych.
— Podpisz — położyłam dokument i długopis na szklanym stole. — Rezygnujesz ze wszystkich roszczeń do domu i moich rachunków.
— A ci ludzie? Jutro przekażesz im pieniądze? — chwycił długopis chciwie, ledwo czytając, rozmazał wszystko po stronach.
Ostrożnie wzięłam dokument, włożyłam do teczki i otworzyłam drzwi. Z podwórza wpadł przeciąg.
— Nie, Ilja. Biorę tylko to, co moje. Dług to twój problem. Załatw to sobie sam z matką i nową kobietą. Do widzenia. Zamarł, oczy szeroko otwarte. Powoli pojął moje słowa. Jego twarz zniekształciła się.
— Ty… ty nie masz odwagi! Jesteśmy rodziną!
— Rodziny już nie ma. Napij się witamin, słyszałam, że pomagają na stres — delikatnie, ale stanowczo wyprowadziłam go za drzwi, kliknęłam zamek.
Poszłam do kuchni, włączyłam czajnik i patrzyłam na okna spowite deszczem. Po wielu latach po raz pierwszy nie musiałam się nikomu podporządkowywać, nikogo ratować.







