W podziemnym parkingu, głęboko pod centrum biznesowym, ryk ogromnego wentylatora tłumił każdy krok. Róman zszedł na minus drugi poziom, jednocześnie zapinając swój miękki kaszmirowy płaszcz podczas marszu.
W powietrzu unosiła się charakterystyczna mieszanka surowego betonu, spalin i ostygłego asfaltu, nadając półmrocznej przestrzeni chłodny, metaliczny zapach.
Dwadzieścia minut temu opuścił salę konferencyjną, zostawiając swojego wspólnika, Olega. Rozmowa była taka, jakiej nie życzyłby się nawet wrogowi.
Oleg od dawna naciskał na sprzedaż ich firmy wielkiemu monopolowi, ale Róman stanowczo się sprzeciwiał. Oleg z czerwonym, rozgrzanym od gniewu obliczem wściekle zatrzasnął za sobą szklane drzwi.
Róman nacisnął przycisk pilota. Ogromny czarny SUV przyjaźnie zabłysnął reflektorami w półmroku.
Już wyciągał rękę do zimnej, chromowanej klamki drzwi, gdy z boku dobiegł cichy, szeleszczący dźwięk. Ktoś szarpnął za brzeg jego płaszcza.
Róman gwałtownie się odwrócił. Zaledwie krok od niego stała około ośmioletnia dziewczynka. Jej ubranie było wyblakłe, ewidentnie pochodziło z czyjegoś innego ramienia, rękawy podwinięte w trzech warstwach, a szary kapelusz przesunięty aż do brwi.
Na nosie miała krzywe okulary, z olbrzymimi soczewkami, których oprawki były brutalnie owinięte taśmą klejącą. W ręku ściskała zużytą notatkę.
– Wujku, tam nie wolno iść! – szepnęła mała gość z parkingu, patrząc przestraszonym wzrokiem w stronę betonowej kolumny. – Hamulce zostały przecięte.
– Co? Jak się tu dostałaś? – Róman instynktownie przykucnął, rozglądając się po półmroku.
– Siedziałam za rurami. Stamtąd wydobywa się ciepło przez kraty – wskazała brudnym palcem w najciemniejszy kąt. – A do ich dużego auta poszło dwóch ludzi.
Jeden zsunął się z latarką, drugi stanął i powiedział: „Szybko! Jeśli wyjedzie na drogę, sama odleci, a my pozostaniemy czystymi.”
Przez plecy Rómana przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Wiedział, że tego wieczoru rusza na wieś krętą górską drogą. O tym wiedział tylko Oleg.
Wyjął telefon.
– Stas, zejdź na minus drugi poziom! Natychmiast! I zabierz chłopaków z dobrymi latarkami.
Pięć minut później szef ochrony, jęcząc, wysunął się spod przedniego zderzaka SUV-a. Na palcach błyszczała mu oleista ciecz.
– Sprzęt został uszkodzony. Pracowali mistrzowsko, Róman Siergiejewicz – powiedział Stanisław ponuro, wycierając ręce szmatą.
– Na parkingu prawie nie ma kałuż, ale gdybyś nacisnął pedał kilka razy, wszystko wylądowałoby na podłodze w minutę. Na pierwszym zjeździe byłby wypadek.
Róman spojrzał na dziewczynkę. Stała z boku, stawiała kroki w podniszczonych butach, w tę i z powrotem.
– Chodź – wyciągnął do niej rękę Róman. – Jak się nazywasz, moja mała ratowniczko?
– Katja – odpowiedziała cicho, wsuwając swoje lodowate paluszki w szeroką dłoń Rómana.
Na pierwszym piętrze jasnej kawiarni unosił się zapach świeżo mielonej kawy i syropu waniliowego. Katja ściskała oburącz brzuszkowy kubek z gorącą czekoladą.
Popijała małymi łykami, zostawiając na ustach zabawny wąsik z piany, a szybko ugryzała ciepłego croissanta, ścierając okruchy w dłoń.
– Dlaczego jesteś sama na parkingu, Katja? Gdzie mama i tata? – zapytał Róman, odkładając własny napój.

– Tata nie ma. Wcale. A mama, Mama, teraz pracuje w konserwowej fabryce – odpowiedziała dziewczynka, ostrożnie zcierając okruchy serwetką. – Na dwie zmiany przykręca puszki.
Kiedy ja już śpię, wtedy wraca do domu. Ja przyjeżdżam tutaj autobusem ze szkoły. Tutaj strażnicy nie są źli, jest ciepło. Rysuję ludzi, którzy chcą, dają drobne. Mama zbiera.
– Na co zbiera?
– Na pomoc specjalistów. Jeśli nic nie zrobimy, wkrótce nic nie zobaczę. Mam poważną, nieuleczalną chorobę, jeśli mnie nie leczono.
Róman patrzył na jej twarz. W linii wąskich oczu, w uporczywej formie podbródka widział cechy, które dawno zakopane uczucia w nim podrapały.
– Pokażesz, co rysujesz?
Katja wyciągnęła zniszczony notatnik. Róman zaczął przeglądać szarawe kartki. Ponure twarze kurierów, śpiący strażnik na krześle, uliczny kot. Na ostatniej stronie szkic kobiecej twarzy.
Zmęczone zmarszczki w kącikach ust, włos wystający z ciasnego koka i to ciężkie, uporne spojrzenie, które patrzyło prawie spod brwi.
Palce Rómana drżały. Zanurzył się w delikatnych liniach ołówka. Z kartki patrzyła na niego Mama, dziewczyna, którą stracił dziewięć lat temu.
Dziewięć lat temu Róman nie nosił jeszcze kaszmirowego płaszcza. W małym warsztacie w mieście pracował jako stolarz, zawsze otoczony zapachem trocin i kleju. Mama kończyła ostatni rok w dziedzinie księgowości i finansów.
Mogli godzinami siedzieć przy starym barierce nad rzeką, jeść pistacjowe lody, kłócić się, jaki kolor powinna mieć tapeta w przyszłym mieszkaniu.
Ale stała na ich drodze Lídia Markovna – babcia mamy. Surowa kobieta, wcześniej pracowała w miejskiej radzie. Na pierwszym piętrze jej mieszkania unosił się zapach kwiatów i mydła.
– Dlaczego przyszedłeś? – Lídia Markovna objęła próg, krzyżując suche ręce na piersi. – Znowu próbujesz wślizgnąć się z tymi trocinami?
Moja wnuczka nie siedzi w środku nocy nad książkami, żeby naprawiać skarpetki jakiegoś nędznego faceta. Niech znajdzie sobie normalnego, perspektywicznego człowieka, a ciebie zostawi w spokoju.
– Babciu, przestań! – krzyknęła Mama, wybiegając na korytarz, chwytając Rómana za rękę i ciągnąc w stronę klatki schodowej.
Nie zwracali uwagi na mruczenie staruszki. Potem nadeszła październikowa próba.
Na starym wiszącym moście próbowali wybrać krótszą drogę poza miastem. Wiatr był burzliwy, wyginał suche gałęzie drzew wzdłuż brzegu. Gdy Róman i Mama dotarli na środek mostu, rozległ się nieprzyjemny metaliczny trzask.
Prawy, zardzewiały wspornik, którego nikt od lat nie kontrolował, pękł. Deski gwałtownie podsunęły się spod ich nóg.
Róman próbował chwycić płaszcz Mamy, ale palce ślizgały się po gładkim materiale, a w następnej chwili lodowata woda górskiego strumienia zalała ich głowy.
Prąd był dziki. Róman uderzył mocno o kamienie, a następnie doznał poważnych obrażeń, gdy prąd przycisnął go do starego betonowego filara.
Obudził się w jednym z pokoi szpitala powiatowego. Unosił się zapach chloru i gotowanej owsianki. Pielęgniarka podłączyła kroplówkę. Gdy Róman był w stanie wstać, ignorując straszny ból w żebrach, ruszył do domu Mamy.
Drzwi otworzyła Lídia Markovna. Miała czarną chustę na głowie.
– Gdzie jest Mama? W jakim szpitalu? – zadzierał gardło Róman, trzymając się framugi. Jego ciało się załamało, ale stał.
Staruszka patrzyła na niego pustym, bezbłyskowym wzrokiem.
– Mama już nie żyje. Rzeka ją zabrała. Przez nią, głupi chłopcze. To ty ją prowadziłeś na ten most. Idź. I nie chcę cię tu więcej widzieć.
Róman jeszcze tego samego dnia opuścił miasto. Przyjmował każdą pracę na budowach w stolicy, spał po cztery godziny dziennie, zorganizował swoją ekipę, a następnie założył własną firmę. Zajął się czymkolwiek, by nie zostać sam na sam ze swoimi myślami.
Nie wiedział, że staruszka kłamała mu w oczy. Mama przeżyła. Dwa kilometry niżej na rzece rybacy uratowali ją. Leżała w małej przychodni w małej wiosce.
Lídia Markovna przyjechała autobusem i, siedząc na skrzypiącym brzegu łóżka, powiedziała wnukowi: „Róma już nie ma. Odeszła z życia, znaleziono tylko jej płaszcz przy tamie.”
Staruszka szczerze wierzyła, że to kłamstwo jest jedynym sposobem, by na zawsze odstraszyć wnuka od „bezperspektywnego” chłopca.
Gdy Mama wyszła ze szpitala, dowiedziała się, że spodziewa się dziecka. Lídia Markovna nie mogła zaakceptować tej wiadomości. Jej serce odmówiło posłuszeństwa, a trzy miesiące później zmarła.
Mama sprzedała „dwupokojowe” mieszkanie babci i przeprowadziła się do sąsiedniego regionu, z dala od rzeki i ciężkich wspomnień.
Wynajęła pokój i zaczęła szukać, jak kupić własne mieszkanie. W lokalnym kościele nawiązała rozmowę z miłą kobietą, Žanną.
Kobieta wysłuchała historii Mamy, westchnęła, poczęstowała herbatą z termosu i poleciła doskonałą okazję: dobry pokój w akademiku, pilnie na sprzedaż, za grosze.
Žanna zaoferowała pomoc w załatwieniu formalności. Mama, wyczerpana ciążą i samotnością, przekazała jej wszystkie pieniądze bezpośrednio w samochodzie przed urzędem administracyjnym, nawet nie prosząc o pokwitowanie.
Žanna „poszła stać w kolejce” i nigdy nie wróciła. Policja wzruszyła ramionami – nie było oficjalnego dowodu przekazania.
Świeżo urodzoną Katję na rękach miała Mama, kiedy znaleźli się na ulicy. Miały szczęście, że starszy strażnik fabryczny wpuścił je do podmiejskiego starego magazynu.
Dom się chylił, w kątach rosła pleśń, w nocy chodziły myszy, ale był piec. Później okazało się, że wzrok Katji został poważnie uszkodzony.
Róman siedział w kawiarni, patrząc na rysunek ołówkiem. Krawędź kartki drżała delikatnie w jego dłoni.
– Katja… – przełknął gulę w gardle. – Gdzie mieszkacie? Daleko stąd?
– Godzina autobusem, potem pieszo od przystanku, przez rury – zebrała okruchy w dłonie.
– Jedziemy moim autem. Teraz natychmiast.
W drodze Róman dzwonił do ochrony. Stas wykonał zadanie perfekcyjnie: Olega złapano przy wyjeździe z miasta wraz z dwoma ochroniarzami. Nagrania z kamer parkingowych i zeznania zleceniodawców były w pełni wystarczające do aresztowania.
Następnego ranka było wilgotno. Mama stała na dziedzińcu magazynu, wiatr szarpał mokre ubrania ze sznura. Pranie wypłukała w cynkowej wannie. Palce zaczerwieniły się od lodowatej wody ze studni. Otuliła się starym szarym swetrem, próbując się ogrzać.
Ciszę opuszczonej ulicy przerwał ciężki ryk motocykli. Mama podniosła głowę, odgarniając mokre pasmo włosów. Do ich zgniłego płotu podjechał ogromny czarny SUV, za nim zatrzymały się dwa kolejne samochody eskortowe.
Drzwi SUV-a otworzyły się. Wysoki mężczyzna postawił stopę na zarośniętej chwastami ziemi. Kilka kroków, potem zatrzymał się przy bramie.
Palec Mamy rozluźnił się. Mokry koc spadł ciężko do błota. Jej oddech był przerywany.
– Mamo… – głos Rómana zadrżał.
– Róma? – zrobiła niepewny krok, potknęła się o krawędź wanny. – Ale… jak? Babcia mówiła… rzeka ją zabrała…
– Mnie też to powiedziała.
Otworzył bramę, podszedł do niej i po prostu ją przytulił. Ścisnął ją tak mocno, jakby mógł zniknąć. Mama wcisnęła nos w jego szyję, wdychając zapomniany zapach, mieszankę drogiego wody kolońskiej.
Na przewróconą werandę wybiegła Katja. Poprawiła okulary owinięte taśmą i zdumiona patrzyła na wczorajszego pana.
Róman odsunął się od Mamy, podszedł do werandy, przykucnął przed dziewczynką. Ostrożnie zdjął jej ciężkie okulary.
– Idź, spakuj swoje rzeczy. Tu już nie zostaniecie.
Tydzień później prawnicy Rómana odnaleźli Žannę w sąsiednim powiecie.
Kilka twardych rozmów z silnymi ludźmi z ochrony potrafi zdziałać cuda – oszust zwrócił pełną kwotę gotówką, każdy banknot, nagle przypominając sobie o długu.
Katja przeszła niezbędne leczenie w dobrej państwowej klinice. Kiedy specjaliści zakończyli rehabilitację, dziewczynka po raz pierwszy spojrzała na świat bez zniekształcających soczewek. Odwróciła się w stronę Rómana, który stał w drzwiach, i nieśmiało się uśmiechnął.
Pół roku później Róman, Mama i Katja odwiedzili stary cmentarz portowego miasta. Stali przy ogrodzeniu grobu Lídii Markovny. Mama położyła bukiet goździków na pożółkłej trawie. Nie była zła na babcię.
Padał drobny, ukośny deszcz, zmywając kurz z nagrobków. Róman zdjął płaszcz, narzucił go na Mamę, a Katję wziął na ręce. Odwrócili się i ruszyli w stronę wyjścia, zostawiając za sobą najtrudniejszą próbę swojego życia.







