Marina nigdy nie lubiła niedzielnych wieczorów. O tej porze cisza w ich małym, dwupokojowym mieszkaniu stawała się dziwnie gęsta, jakby ściany były wypchane watą.
Przez ścianę dobiegał przytłumiony dźwięk telewizora sąsiada, jednostajny głos prezentera wiadomości, a z kuchni uporczywe, irytujące kapanie kranu — który Andriej już miesiąc temu obiecał naprawić.
Andriej siedział na kuchennym stołku i wpatrywał się w jeden punkt na blacie stołu. Jego wzrok uczepił się drobnej rysy na plastikowej powierzchni, jakby właśnie w niej skupiły się wszystkie rozczarowania świata.
Przed nim leżał telefon. Ekran raz po raz rozświetlał się tym samym imieniem: „Mamusia”.
— Szósty raz — powiedziała Marina bezbarwnym głosem, zdejmując czajnik z kuchenki. — Uparta.
— Nie dam rady, Marin — Andriej podniósł na nią wzrok. Jego oczy, zwykle ciepłe, brązowe i spokojne, teraz były mętne od mieszaniny wstydu i dziecięcej urazy.
— Co mam jej powiedzieć? Że wszystko wiem? Zacznie się tłumaczyć, płakać o swoim ciśnieniu. Nie wytrzymam.
Marina westchnęła. Najchętniej podeszłaby do niego, potrząsnęła nim za ramiona i krzyknęła prosto w twarz: „Obudź się! Wykorzystali cię!”. Ale zamiast tego postawiła przed nim herbatę. Bez cukru. Skończył się. Do wypłaty zostały trzy dni.
Cała ta historia zaczęła się miesiąc wcześniej.
Odkładali na samochód. Nie nowy — używany zagraniczny, żeby Andriej mógł wieczorami dorabiać jako taksówkarz. Kredyt hipoteczny powoli i bezlitośnie wysysał z nich wszystkie oszczędności.
Każdy tysiąc rubli, który trafiał do koperty z napisem „Marzenie”, kosztował ich małe wyrzeczenie. Marina zrezygnowała z manicure, Andriej rzucił palenie.
Wtedy zadzwoniła Zinaida Pietrowna.
— Andriusza, synku — jej głos w słuchawce brzmiał tak, jakby przeżywała ostatnie chwile. — Wiesz, że mam jubileusz? Skończyłam sześćdziesiąt lat.
— Wiem, mamo. Przyjedziemy, złożymy życzenia.
— Och, nie przyjeżdżajcie — przerwała szybko. — Postanowiłam nie świętować. Ciężkie czasy, nie mam pieniędzy. Posiedzę sama i opłaczę minione lata.
Pauza była dramatyczna, starannie wyważona. Andriej oczywiście zmiękł.
— Mamo, nie siedź sama. Pomożemy.
— A czym mi pomożecie? — westchnęła gorzko. — Sami nie macie pieniędzy. Żeby zastawić porządny stół, potrzeba co najmniej pięćdziesięciu tysięcy.
I to skromnie! Chciałam wynająć altanę w ośrodku „Słoneczny Brzeg”… na łonie natury, ładnie… Ale trudno. Jakoś sobie poradzę.
Tego wieczoru Andriej chodził po mieszkaniu tam i z powrotem.
— Marin, to tylko raz w życiu. Sześćdziesiąt lat. Samochód kupimy za pół roku. Ale przynajmniej będzie miała prawdziwe święto.
Marina protestowała. Znała teściową lepiej, niż ta myślała. Ale nie mogła znieść winy w oczach męża.
— Dobrze. Wyjmij „Marzenie”.
Pięćdziesiąt tysięcy rubli przelano na konto teściowej. W odpowiedzi przyszła wiadomość głosowa pełna zachwytów, całusów i obietnic: „Zastawię taki stół, że będziecie palce lizać! Czekamy w sobotę na drugą!”
Ale w piątek zadzwoniła znowu.
— Andriusza, nieszczęście — jej głos drżał. — U sąsiada z góry pękła rura.
Wszystko zalane! Tapeta odchodzi od ścian, smród nie do zniesienia. Jakie święto? Wszystko odwołałam. Ośrodek przełożyłam, jedzenie włożyłam do zamrażarki. Czekam na fachowców. Nie przyjeżdżajcie, nie da się tu oddychać.
Andriej był zdruzgotany. Chciał jechać pomagać, zrywać linoleum, załatwiać sprawy ze spółdzielnią. Ale matka stanowczo zabroniła.
Weekend minął w niepokoju. Co dwie godziny Andriej pisał: „Jak się czujesz?”. Odpowiedzi były krótkie: „Sprzątamy.” „Schnięcie.” „Zmęczona.”
Grom spadł w poniedziałek rano.
Marina jechała autobusem do pracy i przeglądała media społecznościowe.
Wśród „polecanych” postów pojawił się wpis kuzynki Andrieja, Swiety. Tej samej Swiety, którą Zinaida Pietrowna za plecami pogardzała.

Post brzmiał: „Najlepsze urodziny dla ukochanej cioci! Zinaida Pietrowna, jest pani wspaniała! Dziękujemy za wystawną ucztę!”
Marina omal nie upuściła telefonu.
Na zdjęciu była altana w ośrodku „Słoneczny Brzeg”, udekorowana balonami. Przy stołach siedziało co najmniej dwadzieścia osób. Stoły uginały się od jedzenia: kawior, góry szaszłyków, drogie ryby i rzędy butelek.
Wśród nich ten pięciogwiazdkowy koniak „Ararat”, który Andriej zawsze podziwiał tylko przez szybę sklepową.
W centrum stała Zinaida Pietrowna, promieniejąca jak świeżo wypolerowany samowar.
Data: sobota, 14:30.
Nie tylko ich nie zaproszono. Zostali celowo pominięci. Potrzebne były ich pieniądze — nie ich obecność.
Marina bez słowa wysłała zdjęcie Andriejowi.
Wieczorem Andriej nie krzyczał. Siedział tylko i patrzył w ścianę.
— Nawet Swietę zaprosiła — powiedział cicho. — Tę, która dwa lata temu dała jej ręcznik. A my… oddaliśmy wszystko.
Teraz, dwa dni później, telefon znów zadzwonił.
— Odbierz — powiedziała stanowczo Marina. — Wysłuchaj jej.
Andriej wziął głęboki oddech i włączył głośnik.
— Andriusza! — rozległ się głos matki. — Dlaczego nie odbierasz?!
— Cześć, mamo. Co się stało?
— Nieszczęście! Przyszły rachunki! Ogrzewanie, podatek od działki! Dwadzieścia tysięcy! Naprawa zabrała wszystkie pieniądze! Pomóż!
Kłamała pewnie.
— Naprawa? — powtórzył Andriej.
— Oczywiście! Tapeta, robotnicy…
Zamilkł na sekundę.
— Mamo, dobry był szaszłyk?
Cisza.
— Jaki… szaszłyk?
— W „Słonecznym Brzegu”. Widziałem zdjęcia. Kawior też ładny.
Głos po drugiej stronie zmienił się.
— Ty mnie szpiegujesz?!
— Nie. Po prostu widzę, jak wydajesz nasze pieniądze.
— Ty jeszcze zarobisz! Jesteś młody! A ja musiałam się pokazać!
— Pokazałaś się — odpowiedział spokojnie Andriej. — Drogo.
— Daj dwadzieścia tysięcy!
Marina dotknęła jego ręki. Jego spojrzenie stwardniało.
— Nie będzie pieniędzy, mamo. Samochodu też nie.
— Gdzie się podziały?!
— Lecimy nad morze. Jutro. Do Tajlandii.
— Co?!
— Urządzamy własne święto. Za całą kwotę.
— Kłamiesz…
— Dobrego wieczoru, mamo.
Rozłączył się.
W mieszkaniu nagle zrobiło się lżej.
— Naprawdę nigdzie nie lecimy, prawda? — zapytała cicho Marina.
— Mamy trzy tysiące rubli do wypłaty — uśmiechnął się gorzko Andriej. — Ale niech myśli inaczej.
Objęli się.
— Wybacz mi — wyszeptał Andriej.
— Samochód jeszcze kupimy — odpowiedziała Marina. — Przynajmniej teraz wiemy, ile kosztuje „rodzinna miłość”. Pięćdziesiąt tysięcy. Niezbyt droga lekcja.
Przez kolejny miesiąc Zinaida Pietrowna próbowała. Dzwoniła z obcych numerów, wysyłała sąsiadów, skarżyła się na choroby. Ale drzwi pozostały zamknięte.
Pół roku później Andriej i Marina jednak kupili ten używany samochód. Nie był nowy. Nie był idealny.
Ale był ich.
I ich pierwsza podróż nie prowadziła do jego matki.
Tylko za miasto, nad małe jezioro. We dwoje. Z mięsem kupionym za własne pieniądze, z własnym grillem i własnymi szaszłykami.
W ciszy.
Wolni.







