— Siedemdziesiąt osiem metrów kwadratowych! — Galina Pietrowna wymówiła tę liczbę tak, jakby mówiła nie o powierzchni mieszkania, lecz o zapasie złota zamkniętym w pancernym sejfie. W jej głosie pobrzmiewała chciwa satysfakcja.
Stała pośrodku salonu, z rękami opartymi na biodrach, z lekko uniesioną głową, jak dowódca oceniający zdobyte terytorium. Nie patrzyła na ich dom. Widziała łup.
Metalowa miarka w jej dłoni z trzaskiem wsunęła się do obudowy, a ostry dźwięk przeciął powietrze.
Alina stała w kuchni przy kuchence. Zupa cicho bulgotała, łyżka głucho uderzała o ściankę garnka. Jej ramiona zesztywniały. Znała ten ton.
To był ton, w którym nie ma pytań, są tylko żądania. Za każdym razem, gdy go słyszała, wszystko w niej zamarzało, jakby zanurzyła się w lodowatej wodzie.
— A po co wam trojgu taki pałac? — ciągnęła teściowa, przeciągle cmokając językiem. — To już prawie grzeszny egoizm, Alinoczko.
Alina powoli odłożyła chochlę. Nie spieszyła się. Jej ruchy były wyważone, jakby każdy drobny gest kupował jej czas.
— My tu mieszkamy, Galino Pietrowno — powiedziała cicho, lecz stanowczo, nie odwracając się. — Ja. Mój mąż. Nasz syn. Nie jest nam ciasno.
— Nie jest ciasno! — prychnęła teściowa. — Oczywiście, że nie! A biedny Denis gnije w jakiejś norze! Ściany jak z kartonu, właściciel krwiopijca, nawet porządnej dziewczyny nie może zaprosić! A wy? Trzy pokoje, centrum, przestronny salon!
Podeszła do Siergieja, który siedział przy stole i z uporem dłubał w sałatce, jakby szukał w niej drogi ucieczki.
— Sierioża, powiedz coś! — jej głos złagodniał, ale uścisk na ramieniu syna był twardy. — Jesteś starszym bratem. Masz obowiązki!
Sprzedajcie to mieszkanie, kupicie dwa ładne kawalerskie. Jedno dla siebie, jedno dla Denisa. Jeszcze je wyremontujemy. Wszyscy będą szczęśliwi!
Siergiej podniósł wzrok. Przez chwilę spojrzał matce w oczy, potem jego spojrzenie ze wstydem przesunęło się na plecy żony.
— Mamo… Alina nie chce… — wymamrotał.
— Alina nie chce! — przedrzeźniała go Galina Pietrowna. — A ty? Czego ty chcesz? Jesteś mężczyzną w tym domu czy tylko ozdobą?

Słowo — egoistka — odbiło się od ścian jak stary znajomy. I nagle w głowie Aliny pojawiła się inna kuchnia, inny męski głos.
Miała szesnaście lat. Ojciec pochylał się nad nią, twarz miał czerwoną, ślina pryskała. „Egoistka! Po co ci studia? Jegor potrzebuje pieniędzy! Ty i tak wyjdziesz za mąż! Pójdziesz do fabryki i pomożesz bratu!”
Zapach zakładu mięsnego — krew, chlor, zimny tłuszcz — znów wdarł się do jej nosa. Ciemność przed świtem. Lodowata hala. Koperta z wypłatą wyrwana jej z rąk.
Alina zamknęła oczy. Oddychała powoli, głęboko. Potem się odwróciła.
— Nie.
Słowo było ciche, ale ciężkie. Jak drzwi zamykające się na zawsze.
Cisza opadła na kuchnię.
— Słucham? — zapytała teściowa.
— Nie sprzedam. Nie zamienię. Ani na dwa mieszkania, ani na nic.
— Dlaczego?! — krzyknęła Galina Pietrowna. — Denis tego potrzebuje! Tonie w długach! Jego życie się rozpada!
— To jego życie — odpowiedziała spokojnie Alina. — Mieszkanie należało do mojej babci. Odziedziczyłam je. Nie jest wspólne. Nie należy do waszej rodziny. I nie podlega dyskusji.
Twarz Galiny Pietrowny najpierw pobladła, potem przybrała purpurowy kolor. Jej wzrok nerwowo przeskakiwał między synem a synową. Siergiej wpatrywał się w talerz, jakby szukał w nim odpowiedzi.
— Rozumiem — powiedziała w końcu lodowatym tonem. — Jesteśmy ci obcy. Brat twojego męża może zamarznąć na ulicy, bylebyś ty siedziała tu jak królowa.
Miarka z trzaskiem wylądowała na stole.
— Twoja chciwość jeszcze się na tobie zemści.
Drzwi zatrzasnęły się za nią z hukiem.
Alina oparła się o blat kuchenny. Serce waliło jej jak młot, ale twarz pozostała spokojna.
Nigdy więcej, pomyślała. Nigdy więcej nie będę czyimś portfelem. Czyimś zapasowym zasobem.
Cisza trwała tydzień. Gęsta, duszna cisza. Siergiej stał się drażliwy, chował telefon.
— Dzwoniła twoja matka? — zapytała Alina pewnego wieczoru, przykrywając Witię kołdrą.
— Wyrzucają Denisa — mruknął mężczyzna. — Nie ma pieniędzy.
— Niech pracuje — wzruszyła ramionami Alina.
— Łatwo ci mówić! — wybuchł Siergiej. — Tobie wszystko spadło z nieba!
Alina roześmiała się, lecz w jej śmiechu nie było radości.
— Dwa lata w zakładzie mięsnym nie spadły mi z nieba. Denis ma dwadzieścia pięć lat i nie przepracował porządnie ani dnia. A ty za niego płacisz.
Siergiej zamilkł.
Oskarżenie przyszło później. Niewierność. Stare zdjęcie. Dziecko z garbatym nosem.
Powietrze w kuchni aż iskrzyło, gdy Siergiej powiedział:
— Chcę testu DNA.
Alina już wtedy rozumiała. To nie chodziło o dziecko. To był pretekst. Jeśli ona będzie winna, podział mieszkania stanie się sprawiedliwością.
— Dobrze — odpowiedziała chłodno. — Ale jeśli test potwierdzi prawdę, twoja matka nigdy więcej tu nie wejdzie. I nie dostanie ani grosza.
Wynik: 99,9%.
Siergiej się załamał. Teściowa blada mamrotała o spisku.
— Chcę rozwodu — powiedziała Alina.
Teraz to słowo było lekkie. Jak klucz otwierający zamek.
— Połowa mieszkania jest nasza! — krzyczała Galina Pietrowna.
— Odziedziczyłam je przed ślubem — odpowiedziała Alina. — To nie jest majątek wspólny.
Położyła na stole list z banku.
— Trzy miliony. Sfałszowany podpis poręczyciela. Albo płacicie. Albo składam zawiadomienie.
Cisza przygniotła kuchnię.
— Macie godzinę.
Miesiąc później Galina Pietrowna siedziała w wąskiej kuchni w bloku z wielkiej płyty. Ściany były pożółkłe od lat wchłoniętych oparów gotowania. Na kuchence gotowały się kurze grzbiety, woda głucho bulgotała.
W salonie Siergiej leżał na kanapie z pustym wzrokiem. Połowa jego pensji szła na alimenty, reszta ledwo wystarczała na jedzenie.
Denis leżał na składanym łóżku na podłodze.
— Jest coś do jedzenia? — mruknął.
— Gotuje się — odpowiedziała matka.
W ciągu kilku minut bracia rzucili się na siebie słowami, starymi pretensjami i oskarżeniami. Mieszkanie wypełniły krzyki.
Galina Pietrowna podeszła do okna. Gdzieś między odległymi blokami było to trzypokojowe mieszkanie. Przestronne. Jasne. Ciche.
Tam mieszkała Alina. Wolna. Sama, ale nie samotna. Silna.
Twarz kobiety zadrżała. Łzy powoli spływały po zmarszczkach.
Nie strata bolała najbardziej.
Lecz świadomość, że sama wprawiła wszystko w ruch.
Własnymi rękami zniszczyła to, co jeszcze działało.
A teraz musiała żyć w ruinach.







