Ljudmila Pietrowna stała przy moim wieszaku, dotykając pokrowca mojej sukni wieczorowej. W lustrze widziałam wszystko — przesunęła palcami po zamku powoli, sprawdzając go, a potem szybko odwróciła się, gdy usłyszała moje kroki.
— Arinochka, to na konkurs? Pewnie bardzo droga rzecz.
Skinęłam głową, ale nie odpowiedziałam. W środku coś się zacięło — nie strach, raczej czujność. Nie patrzyła na sukienkę z podziwem. Oceniała ją tak, jak rzeźnik mięso przed pocięciem nożem.
— Tak, bardzo droga — powiedziałam, delikatnie, ale stanowczo zabierając pokrowiec z jej rąk. — To na „Złoty Szkic”. Wszystko rozstrzygnie się za pięć dni.
Ljudmila Pietrowna uśmiechnęła się, ale jej oczy pozostały zimne jak lód.
— Cóż, oby wszystko poszło tak, jak chcesz.
Jak chcesz. Nie tak, jak powinno. Nie tak, jak zasługujesz. Jakby to była tylko kaprys, a nie pięć lat ciężkiej pracy, bezsennych nocy i ambitnych wyrzeczeń.
Przyjechała do nas dwa tygodnie temu, z dwoma ogromnymi walizkami i z tym wyrazem twarzy, który mają ludzie przekonani, że wszystko wokół nich działa źle.
Na progu długo obejmowała Vadima, a mnie prawie nie zauważyła — jakbym była tylko dekoracją na scenie życia jej syna.
Już pierwszego wieczoru, podczas kolacji, zapytała:
— A dom na czyje nazwisko jest wpisany?
Vadim zakrztusił się kompotem. Odpowiedziałam spokojnie:
— Na moje. Ja go zaprojektowałam, ja go sfinansowałam, ja go zbudowałam.
Ljudmila Pietrowna starannie przetarła krawędzie ust serwetką.
— Rozumiem. Vadik, masz w tym chociaż udział?
Cisza. Vadim nie spojrzał na mnie. Po prostu dolał sobie napoju i odwrócił się.
— Mamo, zostaw to. Umówiliśmy się.
Umówiliśmy się? Na co dokładnie?
Od tego wieczoru w moim życiu zaczęły pojawiać się małe, ledwie zauważalne pęknięcia. Zniknęły klucze do mojego gabinetu. W drukarce skończył się tusz, chociaż właśnie ją uzupełniłam.
Telefon rano był rozładowany, mimo że zostawiłam go na ładowarce. Na początku zrzucałam to na przypadek.
Ale kiedy zniknął pendrive z całym projektem konkursowym, wiedziałam: to nie był przypadek. To było wypowiedzenie wojny.
Pendrive znalazłam przypadkiem. W kosmetyczce Ljudmili Pietrownej, pod jej podkładem. Chciałam pożyczyć igłę, pozwoliła mi zajrzeć do torby. I tam był. Czerwony pendrive z logo mojego studia. Schowałam go do kieszeni bez słowa.
Wieczorem, gdy Vadim wrócił do domu, stanęłam przed nim.
— Twoja mama wzięła moje pliki projektowe.
Spojrzał na mnie, jakbym powiedziała, że Ziemia jest płaska.
— Po co jej twój pendrive? Pewnie coś pomyliła.
— Pomyliła go z podkładem?
Nie odpowiedział. Poszedł do kuchni, gdzie już czekała na niego matka z gorącym barszczem i niewinną miną.
Weszłam na górę i zamówiłam dwie małe kamery. Jeśli to wojna, chcę wiedzieć, przeciwko komu walczę.
Następnego dnia je zamontowałam. Jedną w salonie, schowaną za ramką na zdjęcie. Drugą w sypialni, na półce. Włączały się automatycznie, gdy wychodziłam na spotkanie.
Wieczorem z drżącymi rękami uruchomiłam nagranie.
Ljudmila Pietrowna siedziała na mojej kanapie, telefon przy uchu. Mówiła głośno i pewnie siebie.

— Słuchaj, Galja, plan jest żelazny. Trzydziestego pierwszego, tuż przed konkursem, Vadik pomoże zniszczyć jej sukienkę. Załamie się, pójdzie zestresowana, powie głupoty, ośmieszy się.
Potem pójdziemy do prawnika, powiemy, że jest niestabilna, i trzeba podzielić dom. Mam już kogoś, wszystko wyjaśnił, jak to załatwić. Potrzebni tylko świadkowie, że jest histeryczna.
Śmiała się. Cieszyła się.
— Nie trzeba zdrady, Galja, po co? Za skomplikowane. Wystarczy, że Vadik zdobędzie, co mu się należy. Dom wpisała na swoje nazwisko, myśli, że jest mądra. Pokażemy jej, gdzie jest jej miejsce. W domu, przy piecu, nie na takich konkursach.
Wyłączyłam nagranie. Podeszłam do okna. Na zewnątrz cicho padał śnieg. Wszystko wydawało się spokojne.
W moim wnętrzu decyzja już zapadła.
Trzydziestego pierwszego grudnia wstałam wcześnie. Wyjęłam sukienkę z pokrowca i rozłożyłam na łóżku. Głęboka bordowa aksamitna, długa, z odkrytymi ramionami — elegancka, mocna, jak manifest.
Wzięłam nożyczki i zrobiłam małe, ledwo widoczne nacięcie wzdłuż szwu. Tylko tyle, żeby mocniejsze pociągnięcie rozpruło szwy.
Zadzwoniłam do Kiry i Maxima.
— Przyjdźcie o siódmej. Dokładnie. Stańcie przy drzwiach, wszystko wam wyjaśnię później.
Nie tłumaczyłam nic.
Na dole Ljudmila Pietrowna piekła ciasto. Vadim przeglądał telefon. Weszłam uśmiechnięta.
— Wieczorem pomożecie mi założyć sukienkę? Zamek ciasny, sama nie dam rady.
W oczach Ljudmili zabłysło coś drapieżnego.
— Oczywiście, Arinochka. W końcu jesteśmy rodziną.
O szóstej założyłam sukienkę. Wezwałam ich do sypialni. Ljudmila z przodu, Vadim za nią. Vadim zapiął zamek. Ljudmila przykucnęła, złapała dół sukni.
Nagły szarpnięcie.
Szew trzasnął. Vadim chwycił moje ramiona, jakby mnie podtrzymywał. Ljudmila ciągnęła dalej materiał, aż sukienka rozerwała się do uda.
Na jej twarzy pojawił się triumf.
— Twoje miejsce jest w domu, z mopem w ręku! — krzyknęła. — Koniec kariery!
Vadim nachylił się do mojego ucha.
— Mama ma rację. Ten dom należy się też mnie.
Spojrzałam mu w oczy. Zimne. Obce.
— Rozumiem — powiedziałam cicho. — Wszystko rozumiem.
Uśmiechnęłam się.
— Szkoda, że nie wiecie o kamerach.
Zamarli.
— Dwie kamery. Wszystko nagrały. Rozmowy, plany, prawnika. Wszystko.
Dokładnie o siódmej zadzwonił dzwonek. Weszli Kira i Maxim. Włączyłam nagranie.
Głos Ljudmili wypełnił salon: „Plan żelazny… zniszczyć jej sukienkę… podzielić dom…”
Twarz Vadima pobladła. Ręka Ljudmili drżała.
— Macie dziesięć minut — powiedziałam spokojnie. — Albo wyślę to wszystkim: klientom, znajomym, policji.
— To ty to zaaranżowałaś! — wrzasnęła.
— Nie. Wy to zaaranżowaliście. Ja tylko nie pozwoliłam wam wygrać.
Po pół godzinie wyszli z walizkami. Zamknęłam drzwi. Na zawsze.
O jedenastej wygrałam nagrodę. Szklano-metalowa statuetka była zimna i ciężka w moich rękach. O północy podpisałam kontrakt. Ludzie świętowali, otwierali szampana, obejmowali się.
Stałam przy oknie, patrząc na światła miasta. Vadim gdzieś w ciemności. Ljudmila pewnie nadal nie wierzy, że przegrała.
Maxim podał mi kieliszek szampana.
— Za co pijemy?
— Za to, że w porę przestałam być naiwną.
Brzdękliśmy kieliszkami.
W domu podniosłam rozerwaną bordową sukienkę z podłogi. Jutro ją wyrzucę. Może spalić. Wykonała swoje zadanie.
Przyszła wiadomość z nieznanego numeru: „Będziesz żałować.”
Zablokowałam ją.
Nagrania są przy mnie. Kopia u Kiry i Maxima. Dom jest mój. Kontrakt podpisany.
Rano zadzwonię do prawnika. Wymienię zamki. Zacznę nowy projekt.
Ljudmila chciała, żebym była przy piecu. Vadim chciał połowę domu. Chcieli, żebym milczała.
Ale nie milczałam.
Ujawniałam ich spisek.
I wygrałam.







