— Nie ciągnij już czasu, Irka! Taksówka stoi, a dla mnie każda minuta to pieniądz.
Stas kopnął mój walizkę. Zamek błyskawiczny, który i tak trzymał się już tylko na słowo honoru, pękł z nieprzyjemnym dźwiękiem, przypominającym trzask stawu.
Z wnętrza torby wysunął się rękaw mojego starego puchowego płaszcza i pluszowy królik mojego trzyletniego syna.
Stałam na korytarzu i czułam, jak zimny pot spływa mi po plecach, choć w mieszkaniu było duszno. Od męża bił odpychający zapach — kwaśny, wczorajszy odór alkoholu, którego nie była w stanie zagłuszyć nawet miętowa guma.
— Stas, dokąd ja mam iść? Jest listopad, wieczór… — mój głos zdradliwie zadrżał. — Antoszka dopiero zasnął.
— Obudzi się w samochodzie, nie jest paniczem. — Stas oparł ramię o futrynę i demonstracyjnie wpatrywał się w telefon. — Mieszkanie formalnie jest zapisane na moją matkę.
Ty tu jesteś nikim, jesteś zameldowana u swojego ojca. To tam idźcie. Ja potrzebuję prywatnego życia, a nie twojej kwaśnej miny i wiecznego marudzenia bachora.
Z naszej sypialni — już nie mojej — dobiegł charakterystyczny, wilgotny plask. Zaraz potem szelest szczotki do wygładzania tapet: sss-hh, sss-hh.
Drzwi się otworzyły z impetem. Lidia Siergiejewna wyszła na korytarz, wycierając ręce w szmatkę. Na głowie miała chustkę, na szlafroku plamy z kleju. Zmierzyła mnie wzrokiem tak, jak zwykle patrzy się na niechcianego gościa.
— Jeszcze tu jesteś? — jej basowy głos wypełnił wąski przedpokój. — Stasik, ile można to ciągnąć? Muszę przesunąć łóżko. Jutro przyjadą tragarze z moim kompletem w stylu „Ludwika”, a ten grat tu leży.
Kopnęła leżącego na podłodze królika.
— Lidio Siergiejewno, miejcie trochę sumienia — powiedziałam cicho, podnosząc zabawkę. — To przecież wasz wnuk.
— Wnuk to wtedy, kiedy urodzony z porządnej kobiety — ucięła. — Od ciebie same straty. Stas został młodym kierownikiem, jemu potrzebny jest status, reprezentacyjna żona.
Ta Krystyna z działu planowania — to jest partia! A ty? Szara mysz. Dość, wynocha. Już tapetuję w sypialni, więc nie przeszkadzaj ludziom w urządzaniu się.
— Oddaj samochód — spojrzałam na męża. — Skoda jest moja. Kupiłam ją przed ślubem, za spadek po babci.
Stas prychnął, nie odrywając wzroku od ekranu.
— Kluczyki są u Krystyny. Jej bardziej się przydadzą, ona mnie wozi do pracy. A ty pojeździsz autobusem, dobrze zrobi na figurę.
I zamknij się, póki jestem w dobrym humorze. Bo inaczej zadzwonię, gdzie trzeba, i powiem, że znęcasz się nad dzieckiem. Opieka przyjedzie błyskawicznie.
Zrobił krok w moją stronę, brutalnie chwycił mnie za łokieć i wypchnął na klatkę schodową. Walizka poleciała za mną, głucho uderzając o betonową podłogę. Drzwi zatrzasnęły się, zamek przekręcił się dwa razy — ostatecznie.

Zostałam w półmroku klatki schodowej, gdzie unosił się zapach wilgoci i starego tynku, przyciskając do siebie przerażonego, sennego Antona.
W mieszkaniu mojego ojca, w bloku na obrzeżach miasta, zawsze witał mnie ten sam zapach: stare książki, kurz i mocne krople nasercowe.
Czas zatrzymał się tam gdzieś na początku lat dwutysięcznych: dywan na ścianie, pękaty telewizor, który odbierał tylko kanały państwowe, i cisza tak głęboka, że aż dzwoniła w uszach.
Paweł Konstantynowicz otworzył drzwi natychmiast, jakby stał tuż za nimi. Był w swoim wiecznie rozciągniętym swetrze i znoszonych kapciach. Gdy zobaczył nas z walizką, nie zapytał o nic.
W milczeniu wziął Antona na ręce i skinął w stronę kuchni.
Godzinę później, gdy mój syn, po herbacie i obwarzankach, zasnął na starej kanapie, ojciec usiadł naprzeciwko mnie.
— Opowiadaj, Ira.
Trzymałam kubek obiema rękami, próbując się ogrzać, choć w kuchni było ciepło. Zęby dzwoniły mi o porcelanowy brzeg.
— Wyrzucili nas, tato. Lidia Siergiejewna powiedziała, że potrzebuje drugiego pokoju na wynajem. Stas jest całkiem pod jej pantoflem, a do tego ma kochankę w pracy… jakąś Krystynę. Oddał jej też mój samochód.
Ojciec słuchał, nie przerywając. Jego twarz pozostała nieruchoma, jak maska. Tylko palce prawej dłoni powoli zaciskały się i rozluźniały na ceracie.
— Ale to jeszcze nie wszystko — rozpłakałam się. — Wczoraj Lidia Siergiejewna powiedziała, żebym dobrowolnie podpisała rezygnację z alimentów, bo inaczej urządzą ci „wesołe życie”.
Powiedziała, że masz słabe serce, że wystarczy jedna wizyta kilku rosłych chłopaków… Tato, bałam się! Bałam się o ciebie!
Paweł Konstantynowicz powoli zdjął okulary i przetarł je brzegiem swetra. W mdłym świetle lampy jego oczy wydawały się wyblakłe, niemal przezroczyste.
— Czyli Krystyna jeździ twoim samochodem — powiedział cicho. — Biała Octavia? Numer 345?
— Tak.
— A Stas został kierownikiem? W „Stroj-Inwest”?
Skinęłam głową.
Ojciec wstał, podszurtał kapciami do kredensu i z górnej półki wyjął stary telefon z klawiszami.
— Tato, idziesz na policję? — zapytałam. — To bez sensu. Stas ma tam znajomych.
— Pij herbatę, córeczko. Z melisą.
Wykręcił numer. Jego plecy się wyprostowały, zniknęła starcza garbatość.
— Witaj, Grigorij — odezwał się. Jego głos był chłodny i stanowczy. — Tak, Wołkow. Pamiętasz audyt „Północna Ropa” z dziewięćdziesiątego ósmego? Dokumenty wciąż mam. Czas spłacić długi…
Gdy skończył rozmowę, wyjął baterię, odłożył telefon na miejsce i uśmiechnął się do mnie.
— Tato… przecież ty… jesteś księgowym.
— Papiery bywają cięższe od cegieł, Ira — mrugnął. — Przez trzydzieści lat kierowałem działem kontroli wewnętrznej. Po prostu nie chciałem cię w to wciągać.
W kolejnych dniach młyny sprawiedliwości mieliły powoli, ale nieubłaganie.
Trzy dni później do gabinetu Stasa weszli zamaskowani ludzie. Krystyna krzyczała na ulicy, gdy odholowywano samochód. Do Lidii Siergiejewnej zapukali komornicy.
Tydzień później z ojcem lepiliśmy pielmieni. Anton śmiał się, cały obsypany mąką.
Zadzwonił dzwonek.
Ojciec otworzył drzwi. Stał tam Stas, złamany.
— Chcę Irę… musimy porozmawiać — jęknął.
— Irina nie ma męża — powiedział ojciec cicho. — Ma tylko syna i ojca.
Stas uciekł.
Ojciec wrócił do kuchni.
— Kto to był, dziadku? — zapytał Anton.
— Nikt, wnuczku. Przeciąg.
Przytuliłam się do ramienia ojca. Jego sweter pachniał domem. Wiedziałam, że stojąc za tymi plecami, nie boję się już niczego.
Mówią, że Lidia Siergiejewna później zerwała w złości nowe tapety. Ściany nie były niczemu winne — ale na kimś trzeba było wyładować gniew.







