– Ojej, popatrz tylko, jak to wygląda! Idealnie w kolor moich oczu, prawda? Zawsze mówiłam, że szafiry to mój kamień, a nie twój. Tobie pasują… cóż, wybacz, może trochę. Ale na mnie wyglądają jak prawdziwa królewska biżuteria!
Irina zastygła z ręcznikiem w dłoniach, nie dokończywszy jego drogi do suszarki. W progu kuchni stała Zoja, młodsza siostra jej męża, kręcąc się przed lustrem w przedpokoju, wyciągając szyję i podziwiając swoje odbicie.
Na jej uszach lśniły właśnie te kolczyki, które Irina z mężem, Sergiejem, kupili zaledwie trzy dni temu.
To był prezent z okazji ich dziesiątej rocznicy ślubu – „cynowej”, choć oboje zdecydowali, że po dziesięciu latach wspólnego wysiłku i cierpliwości zasługują na złoto i kamienie szlachetne, a nie na cynowe łyżki.
Irina powoli odłożyła ręcznik na stół i wyszła do przedpokoju. Serce zaczęło jej nieprzyjemnie ściskać w piersi.
Nie lubiła konfliktów, ale te kolczyki nie były dla niej tylko ozdobą. Były symbolem tego, że udało im się wydostać z finansowej pułapki, że wreszcie zaczęli żyć normalnie, i że Sergiej ją docenia.
– Zoja – głos Iriny zabrzmiał napięcie, choć uprzejmie. – Po co je wzięłaś? Leżały w szkatułce w naszej sypialni.
Siostra męża odwróciła się bez cienia zawstydzenia. Jak zawsze, w mieszkaniu brata czuła się gospodynią. Trzydzieści lat, bez męża i dzieci, ale z ambicjami i kaprysami na trzy osoby.

– Szukałam pudru, weszłam do was i zobaczyłam pudełko. Pomyślałam, „spróbuję”. Irinko, nie bądź taka sztywna. Tylko przymierzyłam. Patrz, jak pasuje do mojej nowej bluzki! Idealnie, prawda?
Zoja demonstracyjnie poprawiła kołnierz, by szafirowy kamień w naszyjniku (również na niej) błysnął w świetle lampy.
– Bardzo ładnie – powiedziała Irina, kiwając głową z powściągliwością. – Teraz zdejmij. Za godzinę siadamy do stołu, goście już niedługo przyjdą, a ja planowałam założyć ten komplet sama.
Zoja nadęła usta i w jej oczach pojawiło się to wyraziste spojrzenie urażonego dziecka, które zawsze działało na matkę, Tamarę Pietrową, i Sergieja.
– No tak, zaczęło się. „Zdejmij, połóż, nie ruszaj”. Irinko, jesteś taka drobnomieszczańska, po prostu okropna. Ja idę dzisiaj na randkę po waszej kolacji. Z bardzo poważnym facetem. Muszę wyglądać statusowo.
A złoto mam tylko cienki łańcuszek od mamy, z okazji matury.
Irina poczuła, jak w niej narasta irytacja.
– Zoja, to moje rzeczy. Nowe. Jeszcze ich sama nie nosiłam.
– Właśnie! – radośnie podchwyciła siostra męża. – Nie nosiłaś, więc nie ma twojej energii. Ja założę na jeden wieczór, przyniesie szczęście. Tobie co, żal dla własnej szwagierki? Oddam! Jutro albo pojutrze.
W tym momencie w przedpokoju huknęły drzwi wejściowe. Wracał Sergiej z torbami zakupów. Zmęczony uśmiech pojawił się na jego twarzy, gdy zobaczył kobiety, ale szybko zniknął, gdy dostrzegł napiętą postawę żony.
– Cześć, dziewczyny. Co stoicie w przedpokoju? Zoja, już przyjechała? Mama wkrótce?
– Sereżka! – rzuciła się do brata Zoja, całując go w policzek, po czym przybrała teatralną pozę.
– Spójrz, jaką piękność Irinka kupiła! Prawda, że mi pasuje? Powiedz jej, żeby pozwoliła mi je po prostu nosić przez chwilę. Dzisiaj moje życie się rozstrzyga, a ty skąpi.
Sergiej przesunął wzrok z żony na kolczyki. Jego oczy zdradzały konsternację. Tak jak wielu mężczyzn, nie cierpiał kobiecych sprzeczek i zawsze starał się łagodzić konflikty, często kosztem własnego komfortu.
– Ir, może… – zaczął niepewnie. – Może faktycznie? Niech pójdzie na randkę. Zwrot przecież obiecała.
Irina spojrzała na męża tak, że natychmiast ucichł.
– Sereżo – powiedziała cicho – odkładaliśmy na ten prezent pół roku. Wybieraliśmy go razem. To mój prezent. Osobisty. Kolczyki są jak szczoteczka do zębów – nie przekazuje się ich po kolei.
– Ojej, porównałaś! – parsknęła Zoja. – Szczoteczka idzie do ust, a to ucho! Ucho czyste. Sereż, powiedz jej! Mama się obrazi, jak dowie się, że Irinka nie chciała mi dać w takiej drobnostce.
Wzmianka o teściowej była zakazanym, ale skutecznym chwytem. Tamara Pietrowa, kobieta dominująca i głośna, zawsze stawała po stronie córki.
W jej świecie Zoja była biednym kwiatuszkiem, któremu wszyscy muszą pomagać, a Sergiej i Irina – „bogaczami, którzy muszą dzielić się wszystkim”.
– Zoja, zdejmij – stanowczo powtórzyła Irina, wyciągając rękę otwartą dłonią.
Zoja demonstracyjnie odwróciła się i poszła do salonu, stukając obcasami.
– Nie zdejmę! – krzyknęła przez ramię. – Już mam całą stylizację, fryzurę pod nie zrobiłam. Jak teraz zacznę je zdejmować, fryzura się popsuje. Lepiej załóż perełki, pasują bardziej do wieku, odmładzają.
Irina zrobiła krok, by podejść, ale Sergiej powstrzymał ją, chwytając za łokieć.
– Iruś, nie denerwuj się, proszę. Dzisiaj święto, dziesięć lat w końcu.
Mama zaraz przyjdzie, będzie skandal do nieba. Zoja wpadnie w histerię, ciśnienie jej podskoczy. Nie psujmy sobie wieczoru. Niech je nosi, jutro sam pójdę i odbiorę. Obiecuję.
Irina spojrzała mu w oczy. Była w nich prośba o ciszę i spokój. Głęboki wdech, próba stłumienia urazy. Nie chciała psuć święta. Ale poczucie naruszonej granicy nie opuszczało jej.
– Dobrze, Sergiej. Ale jeśli do jutra w południe kolczyki nie wrócą, sama po nie jadę. I pamiętaj, moje nastawienie już się zepsuło.
Wróciła do kuchni, aby dokończyć sałatki. Nóż stukał w deskę głośno, niemal agresywnie. Szafiry, o których marzyła, wydawały się teraz splamione cudzą bezczelnością.







