Wieczór zapowiadał się powoli i leniwie. Szykowaliśmy się na jubileusz mojego kolegi — prestiżowe wydarzenie w drogiej restauracji nad brzegiem rzeki.
Przez cały tydzień przygotowywałam się do tego wyjścia: umówiłam się do fryzjera, kupiłam nową sukienkę — głęboko bordową, z grubego jedwabiu, która delikatnie opinała sylwetkę, podkreślając talię.
Mam czterdzieści osiem lat, dbam o formę: dwa razy w tygodniu basen, joga, po szóstej żadnego cukru. Wiedziałam, że wyglądam dobrze.
Mój towarzysz, Viktor, przyjechał po mnie o siódmej. Spotykaliśmy się dopiero od trzech miesięcy. Ma pięćdziesiąt cztery lata, prowadzi mały biznes z materiałami budowlanymi i wydawało się, że ma poważne zamiary. Zawsze mówił, że ceni we mnie „postawę” i „klasę”.
Kiedy Viktor wszedł do przedpokoju, obejrzał mnie od stóp do głów. Czekałam na komplement. Uśmiechnęłam się, obróciłam przed lustrem, poprawiając kosmyk włosów.
— No i jak? — zapytałam, zakładając kolczyk.
Zmarszczył twarz, jakby nagle zabolał go ząb. Podszedł bliżej i poklepał mnie po biodrze — gest, który od razu mi się nie spodobał, władczy, protekcjonalny.
— Sukienka w porządku, kolor bogaty — powiedział. — Ale, Ira, bądźmy szczerzy. Jest na tobie ciasna. Boki odstają.
Zamarłam. Ręka z kolczykiem w powietrzu pozostała nieruchoma.
— Co masz na myśli? — zapytałam, czując, jak w środku wzbiera zimna fala.
— Dosłownie — westchnął, jakby było mu przykro. — Przytyłaś, kochanie. „Powinnaś schudnąć, wstyd tak wyglądać” — powiedział, poprawiając paski trudnej do zapięcia marynarki, która ledwie trzymała brzuch.
— Będą tam młode żony, wszyscy eleganccy. A ty… no cóż, wyglądasz w tej sukience jak „ciocia”. Mówię to z dobrej woli. Zrzuć pięć-siedem kilo i będzie bomba. Na razie załóż coś na siebie, szal czy coś, ukryj się.
W przedpokoju zapadła cisza. Słyszałam tylko tykanie zegara i ciężki oddech Viktora — nawet po wjechaniu windą na drugie piętro dyszał.
„Wstyd być z tobą”. Te słowa odbijały się echem w mojej głowie. Przez trzy miesiące mnie wychwalał, a teraz, przed moim ważnym wieczorem, postanowił zaatakować najczulszy punkt — kobiecą pewność siebie.
Zwykle w takich sytuacjach kobiety się gubią. Tłumaczą się, desperacko szukają przeklętego szala, owinięte, spuszczają wzrok, czując winę za zjedzone jabłko.
Działa kompleks „nie jestem wystarczająco dobra”. Ale spojrzałam na niego — na jego szarawy kolor twarzy, łysiejące miejsca, które próbował zakryć długimi pasmami włosów, na miękkie ciało, w które wdzierał się garnitur pozostały jeszcze z czasów Breżniewa.
I nie poczułam się urażona. Uznałam to za śmieszne. To było okrutne, budzące do rzeczywistości drwienie życia.
Powoli odłożyłam torebkę na komodę.
— Wstyd, mówisz? — zapytałam bardzo spokojnie.
— Co? Jestem imponującym mężczyzną, muszę się tego trzymać — powiedział zadowolony z siebie, poprawiając krawat.
— Imponujący… — powtórzyłam. — Chodź tutaj, Vitya.
Chwyciłam go za rękaw marynarki i stanowczo poprowadziłam do ogromnego lustra w przedpokoju. Włączyłam jasne światło sufitowe, które bezlitośnie uwydatniało wszystkie wady.
Staliśmy cicho przed lustrem. Ja — z prostymi plecami, w olśniewającej sukience, z ułożonymi włosami i świeżym makijażem.
On — o pół głowy niższy (nie licząc tapirowanych włosów), z czerwonym, spuchniętym obliczem i z tym „brzuszkiem piwnym”, który wystawał ponad spodnie jak koło ratunkowe.
Guzik marynarki trzymał się cudem, błagając o litość.
— Spójrz uważnie, Vitya — powiedziałam, patrząc mu w oczy w lustrze. — Kogo widzisz?
Próbował się wyrwać, ale mocno go trzymałam.
— Ira, przestań ten cyrk! Spóźniamy się!
— Nie, nigdzie się nie spóźniliśmy. To ty powiedziałeś, że wstyd ci ze mną. Że jestem „ciocią”. Teraz spójrz na nas.
Obok mnie stoję ja, a obok mnie zmęczony, niechlujny mężczyzna z piętnastoma dodatkowymi kilogramami, dyszący i o szarej twarzy. Mężczyzna, który uważa, że samo noszenie spodni czyni go Apollem.

— Co ty mówisz?! — zaczerwienił się. — Jestem mężczyzną! Piękno się nie liczy! Zarabiam pieniądze!
— A ja jestem kobietą, która zarabia nie mniej od ciebie, Vitya. I przy tym znajduje czas na siłownię i kosmetyczkę.
Postanowiłeś mnie zranić, zdegradować? Żebym czuła się niepewnie i była wdzięczna, że „imponujący” mężczyzna zwrócił na mnie uwagę?
W psychologii nazywa się to „neggingiem” — manipulacją emocjonalną, której celem jest obniżenie poczucia własnej wartości partnera, żeby łatwiej było nim kierować.
Viktor instynktownie wyczuł, że nie ma do czynienia ze mną. Że obok mnie przegra. Zamiast poprawić siebie (siłownia, nowy strój), postanowił ściągnąć mnie na swój poziom.
— Po prostu się rozleniwiłaś! — wypluł. — Powiedziałem prawdę, a ty histeryzujesz! Kto będzie cię chciał w wieku pięćdziesięciu lat z takim charakterem?
Szeroko otworzyłam drzwi.
— Na zewnątrz — powiedziałam.
— Co? — zdziwił się.
— Na zewnątrz z mojego mieszkania. I z mojego życia. Nie wstydzę się siebie, Vitya. Wkurza mnie, że zmarnowałam trzy miesiące na człowieka tak ślepego, że nie widzi belki w swoim własnym oku.
— Ale ja… odejdę i nie wrócę! Ty jeszcze będziesz za mną czołgać się! — wyskoczył na klatkę schodową, próbując uratować resztki godności, ale potknął się o próg.
— Nie czołgam się za tobą — uśmiechnęłam się. — Nie czołgam się. Chodzę prosto. I radzę ci zająć się swoim zdrowiem. Dyszeć w wieku pięćdziesięciu czterech lat to zły znak.
Zamknęłam drzwi. Zamek zatrzasnął się.
Tej nocy nigdzie nie wyszłam. Zmyłam makijaż, nalałam sobie kieliszek wina i zamówiłam jedzenie z restauracji. Byłam smutna? Trochę. Ale to był smutek oczyszczenia. Uwolniłam się od balastu, który mnie obciążał.
Tydzień później Viktor zadzwonił. Próbował udawać, że nic się nie stało, zaprosił mnie do swojego domku letniskowego na „grilla”. Zablokowałam jego numer.
Teraz, sześć miesięcy później, spotkałam mężczyznę. Pięćdziesiąt lat, chodzi w góry, dba o siebie. I gdy patrzy na mnie w tej samej bordowej sukience, mówi: „Jesteś oszałamiająca.”
Bo pewny siebie mężczyzna nie boi się pięknej kobiety obok siebie. Jest z niej dumny.
A Viktor… niedawno widziałam go w mieście. Szedł z szarą, podporządkowaną kobietą, która szła obok, ciągle patrząc mu w usta. Najwyraźniej znalazł kogoś, kogo można przygnębić kompleksami. Każdy dostaje to, na co zasługuje.







