Dmitrij siedział po drugiej stronie sali, tuż za wąskim przejściem, i się uśmiechał.
Anna widziała ten uśmiech tylko kątem oka, ale wystarczyło, by poczuła, jak żołądek ściska się w bolesnym skurczu. Oparła dłonie na brzuchu i zacisnęła palce tak mocno, aż pobielały jej knykcie.
Jakby w ten sposób mogła ochronić to maleńkie życie w środku — jedyną rzecz, której jeszcze jej nie odebrał.
On już świętował zwycięstwo.
Rozparł się na krześle, założył nogę na nogę, od czasu do czasu kiwał głową w stronę swojego adwokata, z miną człowieka, który wie, że wszystko jest przesądzone. Jakby Anna była tylko cieniem. Jakby przestała istnieć.
Sędzia powoli kartkowała dokumenty, a adwokat Dmitrija szeleścił papierami i mówił spokojnym, wyćwiczonym głosem:
— Dom został wybudowany ze środków mojego klienta jeszcze przed zawarciem małżeństwa. Cała dokumentacja to potwierdza.
Siemion Jegorowicz — siwy mężczyzna o ciężkich, surowych brwiach — patrzył na niego bez cienia emocji.
Był dawnym przyjacielem zmarłego teścia Anny. Gdy dowiedział się, co się stało, zgodził się prowadzić sprawę niemal za darmo. Mówił niewiele, ale kiedy już zabierał głos, w sali zapadała cisza.
— Siedem lat małżeństwa — powiedział krótko — to również dokument.
Adwokat wzruszył ramionami, jakby to była drobnostka.
— Mój klient ma podstawy sądzić, że małżeństwo zostało zawarte z pobudek materialnych.
Anna poczuła, jak serce zapada jej się gdzieś głęboko, jakby wpadło w pustkę.
Dmitrij patrzył w okno. Ani razu na nią nie spojrzał. Próbowała złapać jego wzrok, rozpaczliwie, jak tonący chwyta powietrze, ale on odwracał głowę. Jakby jej tam nie było. Jakby nigdy nie było.
Jeszcze pół roku wcześniej gładził jej brzuch i szeptał wieczorami:
„Niedługo będziemy we trójkę”.
Woził ją na badania, siedział obok na twardych krzesłach w przychodni, nocami porównywał w internecie wózki i łóżeczka. A potem pojechał do obwodu, do jakiegoś Wiktora. Wrócił obcy. Zimny. Milczący.
Dwa tygodnie później wymienił zamki i wystawił ją na ulicę. W siódmym miesiącu ciąży.
Siemion Jegorowicz patrzył wtedy na nią z niedowierzaniem.
— Po prostu cię wyrzucił? Dmitrij?
— Po prostu zamknął drzwi.
Stukał palcami w stół, marszczył brwi, milczał długo. Potem wykonał kilka telefonów. Następnego dnia powiedział:
— Wiktor. Jego ojciec kiedyś wyrzucił go z bazy za kradzież. Teraz wrócił i się mści. Obiecał Dmitrijowi kontrakty, jeśli się ciebie pozbędzie. Chce, żeby całe dziedzictwo trafiło do niego. Bez podziału.
Anna milczała. To brzmiało jak zły sen.
— Dmitrij się zgodził? — zapytała w końcu.
Siemion Jegorowicz skinął głową.
— Obawiam się, że tak.
Głos sędzi przerwał wspomnienia:
— Czy strona pozwana ma jeszcze jakieś dowody?
Adwokat Dmitrija rozłożył ręce.
— Wszystko zostało przedstawione. Innych dowodów nie potrzeba.
Dmitrij uśmiechnął się. Szybko. Prawie niezauważalnie.
I wtedy otworzyły się drzwi.
Do sali wszedł starszy mężczyzna w wytartej kurtce, z ciężką torbą przewieszoną przez ramię. Miał opaloną, pooraną zmarszczkami twarz i dłonie człowieka, który całe życie pracował fizycznie — szerokie, twarde, z odciskami. Rozejrzał się po sali i skinął głową Siemionowi Jegorowiczowi.

Dmitrij znieruchomiał. Jego twarz pobladła.
— Kto to jest? — syknął do adwokata.
Siemion Jegorowicz wstał.
— Wysoki Sądzie, świadek obrony. Nikołaj Fiodorowicz, magazynier bazy zaopatrzeniowej. Od trzydziestu lat prowadzi ewidencję. Może potwierdzić pewne okoliczności.
Nikołaj Fiodorowicz wyjął z torby grubą, pożółkłą księgę w wytartej okładce. Księga magazynowa — takie rzeczy dawno wyszły z użycia. Teraz wszystko jest w komputerach. Ale on przechowywał stare zapisy.
— Tu jest wszystko — powiedział, otwierając ją powoli. — Dostawy, faktury, podpisy. Dmitrij często jeździł do Wiktora, podpisywał dokumenty. Z przyzwyczajenia wszystko notowałem.
Dmitrij gwałtownie się podniósł.
— Co to ma wspólnego z tą sprawą?!
Siemion Jegorowicz spokojnie wyjął kartki z teczki.
— Najbardziej bezpośrednie. Wśród tych dokumentów znajduje się pokwitowanie. Podpisane przez pana.
Zrobił przerwę.
— Zobowiązuje się pan w nim do wysiedlenia żony przed narodzinami dziecka. W zamian za udział w zyskach wspólnego interesu z Wiktorem. Kopia została znaleziona w archiwum bazy.
Cisza zgęstniała, stała się niemal fizyczna.
Sędzia wyciągnęła rękę. Adwokat Dmitrija chwycił dokumenty, przebiegł je wzrokiem i pobladł.
— Dmitrij… to prawda?
Dmitrij stał z zaciśniętymi pięściami. Na szyi pojawiły się czerwone plamy. Spojrzał na Nikołaja Fiodorowicza, na Siemiona Jegorowicza, w końcu na Annę. Potem zakrył twarz dłońmi.
— Wiktor powiedział, że mnie zniszczy — głos mu drżał. — Zabierze wszystko, co ojciec zostawił. Udowodni w sądzie, że ojciec był mu winien pieniądze… Ma znajomości, prawników… Obiecał mi udział w biznesie, jeśli… jeśli się jej pozbędę.
Mówił w podłogę.
— Myślałem, że to jedyne wyjście. Że ratuję firmę. Że potem… jakoś…
Anna patrzyła na niego i nie poznawała tego człowieka.
Siedem lat. Wspólne łóżko, poranki, plany. A teraz — sprzedał ją za spokój i cudze obietnice.
— Wystarczy — powiedziała sędzia. — Sprawa zostaje rozpatrzona ponownie.
Wyrok zapadł miesiąc później.
Dom — dla Anny. Część rodzinnego biznesu — również. Wiktor zniknął z regionu. Plotki mówiły, że miał na sumieniu znacznie więcej.
Dmitrij stracił partnerów. Sklepy zaczęły się zamykać. W ich mieście wieści rozchodziły się szybko.
Anna urodziła na początku wiosny.
Mały Maksym — czerwony, zaciśnięte piąstki, głośny oddech. Leżała w sali i patrzyła na niego, na istotę, która niemal została pozbawiona dachu nad głową.
Dmitrij przyjechał pod szpital. Stał przed wejściem z torbą dziecięcych rzeczy. Zobaczyła go przez okno — zgarbionego, postarzałego, w za dużej kurtce. Nie zeszła.
Teraz przyjeżdża w soboty. Stoi przy furtce. Przynosi paczki z jedzeniem. Prosi, by mógł potrzymać syna. Anna pozwala — pięć minut.
Trzyma Maksima ostrożnie, jakby bał się go złamać. Patrzy na niego, jakby chciał coś powiedzieć. Ale milczy.
Nie wpuszcza go dalej niż za furtkę. Drzwi są zamknięte. Klucze ma ona.
Pewnego dnia zapytał:
— Mogę chociaż pobawić się z nim na podwórku? Pół godziny.
Anna patrzyła na niego długo. Potem pokręciła głową.
— Nie. Nie teraz. Może kiedyś, gdy zrozumiem, że naprawdę się zmieniłeś. Na razie — pięć minut. I to już dużo.
Skinął głową. Oddał jej syna. Odwrócił się i poszedł do samochodu.
Anna patrzyła za nim i nie czuła ani złości, ani litości. Tylko pustkę.







