Kobieta rodziła w więziennej sali porodowej położna spojrzała i krzyknęła z przerażenia

Interesujące

Na ten poranek coś dziwnie cichego zawisło nad korytarzami więziennego szpitala. Nie trzaskały drzwi, nie niosły się zwyczajne krzyki, nie odbijał się echem brzęk łańcuchów od zimnych ścian.

W powietrzu drgało napięcie, ale nikt nie odważył się powiedzieć na głos, że coś jest nie tak. Pielęgniarka siedziała przy dyżurnym biurku, w palcach obracając pogniecione kartki, jak co dzień o tej porze.

Na dokumentach widniały nazwiska więźniarek, numery i krótkie adnotacje. Przy jednej z nich napisano jedynie: „1462 – w ciąży. Stan pilny. Przeniesiona z bloku wschodniego.”

Położna, kobieta w wieku około pięćdziesięciu lat, doświadczona i czujna, uniosła głowę.

— To dziś jej kolej? — zapytała cicho, jakby samo wypowiedzenie tego faktu mogło sprofanować ten nienaturalnie cichy poranek.

— Tak. Trzydziesty szósty tydzień, ale ma już silne skurcze. Nie rozmawia z nikim. Bez przeszłości, bez rodziny, bez dokumentów. Po prostu… jest. Jak cień, — odparła pielęgniarka, ostrożnie podsuwając jej kartę.

Położna westchnęła. Widziała już różne kobiety: niektóre krzyczały, inne milczały z upokorzenia, część z nich przyprowadzano w kajdankach. Ale ta cisza, ta osobliwa obojętność… była inna.

Pokój, do którego weszły, nie przypominał sali porodowej. Zimne ściany, zakratowane okno, jedno metalowe łóżko, na którym ktoś dawno temu położył białe, dziś już pożółkłe prześcieradło.

Kobieta już leżała. Ręce spoczywały na dużym brzuchu, głowa opuszczona, długie, splątane włosy zakrywały twarz. Nie drżała. Nie płakała. Po prostu leżała, jakby pogodziła się z czymś, czego nikt jeszcze nie rozumiał.

Położna podeszła bliżej. Ostrożnie, z wyczuciem odezwała się:

— Dzień dobry. Jestem tutaj z panią. Wszystko będzie dobrze. Chciałabym panią zbadać, dobrze?

Kobieta nic nie powiedziała, tylko niemal niedostrzegalnie skinęła głową.

Gdy położna się pochyliła, momentalnie zesztywniała. Nie usłyszała bicia serca. Nigdzie.

Zamiast uspokajającego, rytmicznego pulsu, który powinien dotrzeć do niej przez aparat, panowała martwa cisza. Spróbowała ponownie, pod innym kątem, mocniej dociskając głowicę.

Nic. Jej skóra pokryła się gęsią skórką, oddech zamarł. Spojrzała na pielęgniarkę i wyszeptała, zrozpaczonym głosem:

— Nic nie słyszę… nie ma tętna.

Pielęgniarka pobladła. Strażnicy, którzy dotąd stali w kącie w milczeniu, spojrzeli po sobie. Napięcie nagle stało się namacalne. Położna cofnęła się krok w tył i zachrypniętym głosem zawołała:

— Sprowadźcie księdza! Natychmiast! Jeśli urodzi się martwe, niech chociaż odejdzie z modlitwą…

Więźniarka nadal się nie poruszyła. Tylko mocniej ścisnęła prześcieradło, tak że paznokcie niemal wbiły się w tkaninę.

I wtedy… coś się zmieniło. Na początku ledwo słyszalne, jak odległy szelest. Potem wyraźniejsze. Uderzenie. Jedno, drugie… słabe, nieregularne, ale niezaprzeczalnie obecne. Tętno. Dziecko żyło.

Położna z szeptem pełnym ulgi powiedziała:

— Żyje… dziecko żyje…

Czas nagle przyspieszył. Skurcze stały się intensywne, ciało kobiety napięło się, przez zaciśnięte zęby przedzierały się stłumione jęki bólu.

Strażnicy już nie stali obojętnie — jeden trzymał kobietę za ramię, drugi podpierał nadgarstek, gdy całe jej ciało drżało od wysiłku.

Położna wydawała polecenia, ścierała pot z jej czoła, obserwowała rytm, liczyła minuty i wciąż powtarzała w myślach jedno: wydostać to dziecko żywe.

Minuty ciągnęły się jak godziny. Ściany pokoju zdawały się zwężać, każdy oddech był walką. Aż nagle cisza została przerwana.

Najpierw cichym, drżącym dźwiękiem, potem coraz głośniejszym. Mały chłopiec zapłakał, najpierw ledwo słyszalnie, a potem pewnie, domagając się życia.

Położna szybko podała go pielęgniarce, przystawiono mu tlen, pocierano go, głaskano.

Jego skóra miała siny odcień, ale stopniowo różowiała. Gdy w końcu zapłakał z pełną siłą, wszyscy odetchnęli. Położna ze łzami w oczach uniosła dłoń do twarzy.

— Dziękuję… — wyszeptała, bardziej do siebie niż do kogokolwiek.

Wtedy kobieta, wyczerpana bólem i utratą krwi, która dotąd nie odezwała się ani słowem, uniosła głowę.

Jej oczy były przygaszone, ale przejrzyste. A na ustach pojawiło się coś, co nie należało do więziennych murów.

Uśmiech.

Visited 1 997 times, 1 visit(s) today
Oceń ten artykuł