Kiedy Mary była jeszcze małą dziewczynką, uwielbiała baśnie. Na początku to mama czytała jej książki, później sama zatapiała się w opowieściach, szukając w nich pocieszenia i magii.
Wierzyła, że pewnego dnia w jej życiu również wydarzy się prawdziwa bajka, cud, który odmieni wszystko. Jednak kiedy ta „bajka” wreszcie nadeszła, bardziej przypominała mroczny koszmar niż opowieść o księżniczkach.
Pierwszym ciosem była śmierć matki. Tak nagła, tak pozbawiona sensu, że Mary nie potrafiła tego zaakceptować.
Jak to możliwe, że ona już nie ma mamy, skoro inne dzieci nadal ją mają? Przez wiele dni siedziała na łóżku, wpatrzona w drzwi, czekając, aż matka wejdzie do pokoju z pachnącym śniadaniem, z uśmiechem, z czułym dotykiem.
Ale nikt nie przyszedł. Wszystko stało się obce. Jakby świat tylko udawał, że nadal działa normalnie.
Mary była przekonana, że jej mamę zaczarowała zła czarownica, uśpiła ją, a tylko prawdziwy pocałunek miłości mógłby ją obudzić.
Poprosiła ojca, by pocałował mamę i ją ocalił – ale on tylko płakał. Minął rok w cichej rozpaczy, gdy w domu pojawiła się nowa kobieta.
– To ciocia Emilia – powiedział ojciec. – Będzie twoją nową mamą.
– Nie chcę nowej mamy – odpowiedziała twardo Mary, cofając się przed uśmiechem obcej kobiety.
– Ale potrzebujesz jej – nalegał ojciec, podchodząc bliżej. – Emilia jest miła, jest nauczycielką. Na pewno się zaprzyjaźnicie.
– Nigdy – krzyknęła Mary, a ojciec pierwszy raz w życiu uderzył ją. Nie bolało fizycznie, ale coś głęboko w niej pękło.
Od tego dnia wszystko zaczęło się pogarszać. Emilia już nie udawała miłej. Pewnego razu Mary dostała kolację tylko pod warunkiem, że nazwie ją „mamą” – ale dziewczynka wolała iść spać głodna.
Ojciec stawał się coraz bardziej cichy i zmęczony, jakby jakaś niewidzialna choroba pożerała go od środka.
– Dłużej już nie wytrzymam – wyszeptał pewnego wieczoru. – Myślałem, że znów będę potrafił kochać… ale się myliłem. Przepraszam, Emilio.

Wkrótce zmarł, cały majątek zostawiając Mary. Emilia już się nie kryła. Najpierw wydawała pieniądze ostrożnie, potem bezwstydnie i z rozmachem.
Do domu sprowadziła nowego męża – znacznie młodszego, głośnego i bezczelnego mężczyznę, który na początku ignorował Mary… aż pewnego dnia zajął się nią zbyt mocno.
Emilia wpadła w szał z zazdrości. Po jednej z kłótni chwyciła rozgrzaną patelnię i uderzyła Mary w dłoń – blizna została na zawsze.
Niedługo później, w napadzie furii, wypchnęła ją na balkon siódmego piętra, trzymając ją za ramiona nad przepaścią.
Mary chciała krzyczeć – ale z jej gardła wydobyły się tylko zdarte, ledwo słyszalne dźwięki. Mężczyzna z trudem odciągnął Emilię. Głos Mary jednak zniknął na dobre.
Pewnego wieczoru Mary podsłuchała rozmowę:
– Musimy się jej pozbyć – powiedziała Emilia. – Zabiorę ją na wieś, jest tam rzeka. Zrobimy z tego wypadek.
Mary ogarnęła paraliżująca panika. Rano, kiedy Emilia pakowała torbę z rzeczami i dokumentami, dziewczynka wiedziała, że musi uciec.
Na opustoszałej, polnej drodze Emilia zatrzymała samochód, gdy Mary pokazała, że musi do toalety. Kiedy tylko weszła w krzaki, rzuciła się do biegu jak spłoszona sarna.
W głębi lasu wpadła w bagna i nie mogła się wydostać. Uratowało ją dziwne stworzenie – coś na kształt wilka, później dowiedziała się, że wabi się Lei.
Lei zaprowadził ją do chatki w lesie, gdzie mieszkał szorstki, ale dobry człowiek o imieniu Kevin. Przyjął Mary, nakarmił, ogrzał i gdy usłyszał jej historię, postanowił, że nie zostawi jej samej.
Zabrał ją do swojej dawnej przyjaciółki Karen – mądrej uzdrowicielki, którą niektórzy nazywali współczesną czarownicą.
Karen dostrzegła w duszy Mary ból i lęk, ale uwierzyła w nią. Powiedziała, że jeśli Mary odnajdzie w sobie odwagę, może odzyskać głos.
Leczenie nie przyszło od razu. Codzienne kąpiele w źródlanej wodzie, zioła, i otaczająca ją miłość powoli rozplątywały supeł w jej wnętrzu.
Aż pewnego dnia wyszeptała: „Ja jestem…” – pierwszy raz od utraty głosu. Karen się uśmiechnęła – wiedziała, że dziewczynka wraca do siebie.
Ale to jeszcze nie był koniec opowieści. Kevin pewnego dnia nie wrócił do domu – został ciężko ranny przez kłusowników.
Mary, już silniejsza, z pomocą Lei’a odnalazła go, opatrzyła, i jednym desperackim słowem – „Tato!” – przywróciła mu przytomność.
Wkrótce pojawiła się Rebecca, dawna ukochana Kevina, a teraz urzędniczka z opieki społecznej.
Natychmiast udzieliła pomocy. Mary w końcu znalazła prawdziwą rodzinę: Kevin i Rebecca zakochali się na nowo, pobrali się i adoptowali dziewczynkę.
Karen również zakochała się w swoim dawnym przyjacielu Brianie. Nagle Mary miała ojca, matkę, babcię i dziadka – wszystko to po końcu mrocznej baśni, która wreszcie rozświetliła się szczęściem.
Kiedy odwiedziła grób swoich prawdziwych rodziców, szepnęła cicho:
– Nie martwcie się o mnie. Kochają mnie. I znowu umiem mówić.
Spojrzała w niebo i poczuła, że jej własna opowieść właśnie dobrze się skończyła. A może dopiero się zaczęła.







